Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina

05/01/2018

Relacja z wakacji 2017 Grypy666

Filed under: Uncategorized — grypa666 @ 04:40

Piotr Bein 26.10.2017

Wakacje były zróżnicowane i wbrew planom. Byłem w Polsce, Niemczech, Francji, i płn. Hiszpanii, w tym Majorka. Przejechałem przez Katalonię w okresie referendum suwerenności. Przepedałowałem prawie 1000 km w 3 tygodnie. Z tego odliczyć ok. 20% pieszką pod górki stromsze niż ok. 4%. Resztę pociągami.
W Polsce
Najpierw niewyszedł rajd rowerowy na Białoruś; zabrakło kilku tygodni do wyrobienia nowego paszportu polskiego (nie chciałem przepłacać za wizę białoruską). W Kanadzie odnowienie paszportu trwa parę tygodni, w Polin parę mies. Następnie pogoda była tak mizerna na Podlasiu, że uciekłem do cieplejszych krajów z planowanego zastępczo rajdu po ścianie wschodniej. Szkoda… piękne okolice, kultura i ludzie – jak na Białorusi :)).
Po kilku dniach kuracji z jetlagu w agroturystyce w Wiznie (obecność na obchodach rocznicy heroicznej obrony Wizny, patrz “Nasze” poniżej), na brzegu Narwi na skraju Biebrzańskiego Parku, nowiutki made in Poland skład IC zawiózł mnie z Szeremietowa (brak dworca kolejowego w tej aglomeracji z Wysokiem Maz.!) aż pod granicę niemiecką w Węglińcu.  Rozbiłem namiot pod latarnią przy osiedlu (dla bezpieczeństwa). Wczesnym rankiem przejechałem ok. 30 km do Zgorzelca i dalej do Görlitz na podróż Tageskarte (ok. 45 ojro na całe Niemcy) do Szubertów na pogrzeb ich syna Krzysztofa.
Przy urodzeniu Krzysia były komplikacje z pępowiną owiniętą dookoła szyji. Bożena miała cesarskie cięcie. Ja odebrałem noworodka z rąk położnej –powiedział mi Andrzej po pogrzebie. Podczas ostatniej drogi z Krzysiem, wręczono mu urnę, dla Bożeny był to ciężar zbyt duży.
Przez Niemcy cugami do Francji
Po pogrzebie wsiadłem w Kulturzug przez Schwarzwald do Kehl pod Strasburgiem. Bilet  tańszy niż do samego Strasburga, za to trza dopedałować na dworzec strasburski aż 5 km 🙂 TGV na Wybrzeże Lazurowe odchodził dopiero następnego ranka, więc rozbiłem namiot nad Renem 4 km od dworca. Paru Laotańczyków łowiło ryby.
Ku memu zdumieniu, wbrew info na necie, TGV zabierał rowery niepakowane w pudła! Dodatkowa opłata 10 ojro. Dojechał do Montpellier (piękny rozbudowany dworzec), stamtąd regionalny do Perpignan, gdzie byłem już ok. 14:30. Idealny układ dla Paryżan: mogą jeszcze szybciej, pociągiem TGV relacji do Madrytu, bo linia ze Strasburga nie jest w pełni przystosowana do szybkości TGV.
Podróż odcinkami regionalnymi wychodzi nieco drożej niż pociągiem TGV na takąże odległość. Jeśli nie ma pośpiechu, zawsze wolę regionalne, bo więcej widać i lepiej można poznać ludzi.
Resztę dnia podjeżdżałem pod Pireneje. Winnice pod Perpignan były już ogołocone, wisiały tu i tam niedobitki w postaci rodzynek — smaczne. Kampowałem na wys. 700 m przy fantastycznej drodze górskiej D115 przez katalońskie wsie i miasteczka po obu stronach granicy. Następnego dnia zakleszczył się pedal w korbie aluminiowej, co groziło zniszczeniem gwintu i wymianą całego zestawu korbowego. Mechanik w wiosce katalońskiej obejrzał problem. Po pół godzinie mozolenia się z delikatnym wykręceniem pedału i odtworzeniem gwintu, wręczył mi wynik swej pracy, odmawiając zapłaty! Dokręcił nawet drugi pedał, żadnej fuszerki.
Z katalońskiej Hiszpanii do Saragossy
Kilka godz. później na podjeździe-podejściu 🙂  na przełęcz na wys. 1500 m na granicy z Hiszpanią, drugie przyjemne spotkanie z Katalończykami. Akurat zerwała się  burza gradowa z piorunami, jeden walnął tak blisko, że nie zdążyłem liczyć sekund do grzmotu. Zatrzymało się na seprpentynie auto, facio zaprosił do środka przeczekać gradobicie. Popiliśmy wino katalońskie i pogadaliśmy. Oboje młodzi, piękna Katalonka… Gdy grad zelżał, odjechali. Dojechałem do eleganckiej miejscowości narciarskiej Mollo zziębnięty na długich zjazdach; nawet kurtka nieprzemakalna zamokła od wewnątrz. Po rehabilitacji w chłodzonym 🙂 supermarkecie (czekolada, mandarynki, orzeszki ziemne i woda gazowana), ruszyłm w znośnej aurze do Ripoll, gdzie nocowałem przy starym wodociągu miejskim.
Rano nabrałem z publicznego kranu wody i przez Bergę dotarłem do Solsony, gdzie na rynku był spory zlot motocyklistów i obchody czegoś… Swojsko i przyjemnie, gadałem z nimi, ciekawi byli mej wyprawy, oddali niepotrzebną im mapę w lepszej skali niż moja, poradzili najlepszą drogę do Zaragozy (wymowa jak w angielskim Tharagotha, pol. Saragossa nie wiem czemu). W południe robiło się juz nieco za ciepło dla kanadyjca. Nocowałem przy ogródkach w pipidówie, zaopatrzyłem się w jabłka z dzikich drzew, gruszki były niesmaczne.
Następnego dnia rano znalazłem dojrzałe figi przy drodze, napchałem drugą torbę na parę dni — pycha! I przeczyszczające 🙂 co w plenerze żadnym problemem, jeśli się wiezie papier toaletowy 🙂 Dalej na trasie były plantacje brzoskwiń, gruszek, migdałow, cytrusów i oczywiście winnice, wszystko nawadniane kanałami z pirenejskich rzek..
Zaragoza - Delicias 13.JPGDworzec Zaragoza – Delicias… 9 łuków tworzy hangar bez podpór pośrednich, widok w kierunku torów. Konektywność między-modalna, pociągi różnych operatorów: super-szybki AVA, ekspresy Alvia i Aviva, pociągi-hotele i regionalne bliskie i śrewdniego zasięgu, np. do Walencji. W tymże kompleksie dworzec autobusowy międzymiastowy, połączenie z lotniskiem, parkingi, węzeł komunikacji miejskiej (tramwaje i autobusy), busy wahadłowe hoteli, taksówki, hotel, usługi i sklepy dla podróżnych. Ścieżki rowerowe, ruch niezmotoryzowany oddzielony w całym kompleksie i przy nim. Niedaleko duże targowisko.
Zaragoza-Delicias
Zaragoza – Delicias wewnątrz. Na skrajnym lewym peronie Pendolino. Po prawej, pociągi miejscowe i regionalne. Na piętrze po prawej hotel, z tyłu antresoli usługi, podobnie jak na niewidocznym na fotce przodzie dworca. Prosto, przejrzyście, przestronnie i jasno od światła naturalnego, rzadkość w architekturze dworcowej.
Basilica of Our Lady of the Pillar and the Puente de Piedra bridge on the Ebro RiverBazylika w starej części Saragossy, rozłożonej nad rzeką Ebro. Wieże te orientowały mi skomplikowany dojazd z przedmieści. Wewnątrz bazyliki przebogate malowidła i drewniane ornamenty, utrwalenie cudu odzyskania utraconej nogi przez żebraka, dowody na śreniowieczną hierarchiczność (wierny niżej w prostych ławach a wyżej kapłaństwo w kapiących od rzeźby fotelach), “świeczki” bezużyteczne dla ducha: za monetę zapala się kolejna z setek “świec” elektrycznych w gablocie.
Zaragoza, Most III Millenium… dwa ciągi ścieżek rowerowych, chodniki pod szkłem
Pozwiedzałem Saragossę… największe wrażenie: nowy ogromny dworzec kolejowy bez pośrednich słupów (hangar 16o x 180 m). W mieście piękna architektura stara i nowa, fantazyjne mosty, jeden z podłużnym muzeum rzeki Ebro.  Nocowałem nad rzeką w parku miejskim; czysto, nikt nie wygonił. Wczesnym rankiem elegancki pociąg do Walencji, na prom na Majorkę. Rajd do Madrytu skreślilem z planu: pół-pustynia, nie ma dróg bocznych, a od ok. 11-ej za gorąco (ok. 30 stopni).
zaragoza-10.jpg
Zaragoza, most przez Ebro dla ruchu niezmotoryzowanego i jednocześnie muzeum tejże rzeki… więcej fotek tego majstersztyku
Walencja — jeszcze niżej szczęka opada patrząc na architekturę i puls miasta: piękny odrestaurowany stary dworzec kolejowy, nowy pałac kultury, nauki i sportu, ale nie pionowo w górę, tylko fantazyjny styl a la Gaudi rozłożony w poziomie nad sztuczną wodą.
https://i1.wp.com/www.satandpcguy.com/wp-content/uploads/2015/11/valencia_nord_train_station_2.jpg
Odrestaurowany dworzec Walencja Płn. Nic nie wskazuje na cuda wewnątrz. Przy dworcu stoi arena na walki byków dla 12 tys. widzów.
Plaza de toros, Valencia, España, 2014-06-30, DD 126.JPG
 
Na Majorkę
Na promie, zjadłszy posiłek z kierowcami tirów (głośny, przyjazny tłumek), przespałem noc na pokładzie, było ciepło. Przed rejsem niemal zaadoptowałem kocię. Przyłasiło się do stóp, nakarmiłem pasztetem, napoiłem wodą gazowaną, pobawiliśmy się: czuł się bezpiecznie na wysokiej barierce, otoczony ramionami. Tuż przed rejsem zniknął —  zamustrował na Majorkę?
Dla znudzonych turystów, cała wyspa to szlaki “rowerowe” także takie 🙂
https://www.duva-pollensa.com/img_apartats/1490865456.jpg
Zrezygnowałem z tego spektakularnego odcinka po górach płn.-zach. Majorki. W tym  przypadku (auto, rowery po obu stronach), kierowcom braknie  przepisowej podległości 1.5 m od roweru. A co mówić o poskręcanych serpentynach! Tworzą się długie kolejki… nikt nie trąbi ale po co być  zawalidrogą, do tego pieszym na stromszych odcinkach pod górę? Ponadto, jak widać nie ma tam co jeść 🙂 W moich jucznych warunkach przejazd tą trasą z powrotem do Palmy zabrałby ze 3 dni (większe obciążenie wałówą i wodą, koło się zamyka).
Cyclists on a bike path on MajorcaWiększość Majorki przejechałem nadbrzeżnymi ścieżkami (w miejscowościach plażowych, uwaga piesi i riksze okupują szer. ścieżki) oraz drogami jak ta… W przypadkach szlaków kończących się na plaży w zatoczce, przepychałem rower przez piach, do szlaku dochodzącego z drugiej strony.
Normalnym odradzam Majorkę; tłumy z całej Europy, niesamowita komercja (przyjeżdżają bez ubrań, okularów słonecznych, koszyków plażowych?). Bul za wszystko: 2 leżaki i parasol plażowy 12.5 ojro na dzień, 20 ojro za 5 minut go-kartu! Trzymałem się od tego z daleka, na dzikszych odcinkach wybrzeża i było OK, 4 dni. Przybiłem promem do Palmy, a wróciłem na ląd (Barcelona) z Alcudii na płn. Majorki. Najadłem się fig, migdałów, owoców kaktusa (ała! cieniutkie kolce włażą w palce, usta i język), znalazłem na drzewie jedną prawie dojrzałą mandarynkę.
https://assets.wired.com/photos/w_1800/wp-content/uploads/2015/06/11_barcelona_03_GALLERY.jpg
Przyjazna rowerzystom Barcelona. Bezpiecznie i szybko przejechałem z dworca promowego na kolejowy. Gumowe bloki oddzielają od ruchu zmotoryzowanego. Można zjechać ze ścieżki na każdym przejściu dla pieszych. Wjazdy i rozjazdy rozumnie zaprojektowane, aż miło pedałować! Panikarski bloger narzeka na ten przedni system ścieżek, robiąc z siebie experta… od narzekania 🙂
Foto de Round trip Cap de Creus 17 km
Lararnia morska z restauracją na Cap de Creus k. parku natury Serra de Rodes
W Barcelonie dostałem się ścieżkami rowerowymi na dworzec główny. Na następnej stacji stały jak szproty tłumy na peronach — odziane we flagi katalońskie. Był 3. października, demonstracje nadal trwały… Sami młodzi. W Polsce byłoby to jakieś 10 mln luda na Wiejskiej.
Chciałem dojechać na wybrzeże, gdzie Pireneje schodzą do M. Śródziemnego — pięknie i czysto, prawie “dziko”. Najpierw zwiedziłem obiecujący (ale tylko z mapy) park natury Aiguamolls na płd. wschód od Figueres. Spojrzałem przez otwór w domku obserwacji ptaków: wystrzyżona łąka zalewowa, jakieś marne ptaszyny… wyszedłem zdegustowany. Dyżurny w informacji parku zasugerował trasę rowerem w następnym parku, Serra de Rodes. Na miejscu okazało się nieco inaczej 🙂 wydłużając sromotnie 2-godzinny czas wyznaczony mi na przejście, przez właściela restauracji przy pobliskiej latarni morskiej.
Nocowałem pod miejscowością związaną z Katalończykiem Salvatore Dali, Port Lligat. Matka z paroma dziczkami chrząkała w nocy szukając żarcia w śmieciach. Odgoniłem kamieniami, w torbach miałem kaszankę, salceson itp. smakowitości 🙂 Przedtem, jeden spotkany Katalończyk powiedział mi serio, że jest wśród nich pod-grupa zwana Polakos. Kiełbasa katalońska też jest smaczna, bardziej jak polska niż hiszpańska.
Foto de Farm
Niewinnie zaczyna się w Serra de Rodes szlak, co miał zabrać parę godzin rowerem do El Port de la Selva, dokąd dotarłem dopiero przed zmrokiem
https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcT3nlCwg6qTlQUAXf3nhXamX39Gkzw_NsyXMe5MEc2Nhz7ZmBkzgg
Zatoczka Cala Tavallera w Serra de Rodes, widok ze  zbocza, którym wychodziłem stamtąd w dwu etapach, Obie strony równie skaliste i strome, nikt mnie nie uprzedził zalecając trasę. W sezonie zatoczka zapchana jest jachtami i motorówkami z pobliskiego El Port de la Selva. Byłem tam poza sezonem 🙂
Ww. parki to pic na wodę wobec biebrzańskiego, choć w jednym zatrzymują się ptaki na szlaku z Podlasia. Rozczarowanie dla kanadyjca przyzwyczajonego do głębszej dziczy: parki polegają na zakazie dalszego rozwoju “cywilizacyjnego”. W Aiguamolls są jednak nadal pastwiska ze stoickimi krowami i  opryskiwane sady. W Serra de Rodes rozebrano Club Medditerranean. Tamże przekonałem się, co Hiszpanie uważają za przejezdne rowerem 🙂 Po kilku km polnych dróg wśród pagórów, z luźną nawierzchnią niemożliwą na chude opony, droga przeszła w stromą skalną ścieżkę w dół do malutkiej zatoczki. Patrzę na przeciwny stok — to samo, a ile km do  drogi polnej? Zszedłem po skałkach z załadowanym rowerem, ale pod górę z drugiej strony musiałem wejść etapami: torby, potem rower. Szkoda, że nie miałem więcej wody. Zatoczka warta była kampingu do następnego dnia.
El Port de la Selve nad własną zatoczką, dziesiątki motorówek i jachtów, ceny nieruchomości fantastycznie wysokie
Z gehenny w Serra de Rodes dotarłem pod wieczór do El Port de la Selva. Zaopatrzyłem się w żarcie i wodę, rozbiłem namiot nieco dalej na trasie do Francji, tuż nad wodą. Wieczorem wyszedł pełny Księżyc. Wisiał nad miastem, odbijając się w morzu. Widok niezapomniany. Parę spacerujących grupek rozmawiało o walorach widokowych właśnie tego miejsca, a jeden facio pstrykał zdjęcie po zdjęciu.
Finisz we Francji, pociągami do Pforzheim i Polski
Przejechałem do Beziers we Francji przez następne parę dni, błądząc następnej nocy w okolicach Perpignan. Niepotrzebnie jechałem co najmniej 50 km z tego powodu. Do orientacji potrzebuję Słońca, a wstałem o 2-ej w nocy. Pewny że poruszam się wzdłuż wybrzeża, jechałem w kierunku zupełnie innym: już poprzednie`go dnia wystarowałem kurs na ominięcie Perpignan, a w nocy ze 3 razy dojechałem do tablic Miasto Perpignan, rondo k. Bompas odwiedziłem parę razy, a od Pia i Claira odjeżdżałem na wschód ze 3 razy 🙂
Serpentyny w podnóżu pirenejskim były zabójcze, ale nie z racji spadków, do których przywykłem, tylko wiatru. Motocyklista podjeżdżał na parking widokowy i zmiótł go boczny wiatr. A maszynę miał niewąską, pomogłem mu podnieść, sam ledwo trzymając równowagę. Zazdrościłem jucznym rowerzystom jadącym w kierunku przeciwnym, śmigali jak ja w 2016 na Synaju 30 – 40 km/h z wiatrem pustynnym.
Na granicy lekcja z szowinizmu francuskiego. Pomnik upamiętnia inwazję francuską w l. 1920-ych, kiedy zajęli i okupowali 🙂 pipidówę Port Bou, próbując zawładnąć Pirenejami (odwieczy kompleks żabojadów), które należą do Katalończyków i Basków. Pomnik przytacza ówczesny francuski dokument mnie więcej tak: Przeszkodą w odzyskaniu Pirenejów są Baskowie i Katalończycy. Ilu zabili?
Od Argeles sur Mer na północ aż do Narbony, krajobraz jest fantastyczny: M. Śródziemne, wody za mierzejami (sporo parków przyrody),  Pireneje w tle… Trasą tą jeździłem przed laty już ze 3 razy, a nie pamiętam. Widocznie trzymałem się autostrady 🙂 na skraju jezior i pagóry przesłaniały widok. W obszernym parku przyrody k. Port Leucate  jest idiotyczny przybytek dla znudzonych turystów, zwany Teleski. Liny rozciągnięte na kilku wieżach zakotwiczonych w dnie i brzegu, ciągną ze sporą szybkością klienta na desce, ubranego w kask, żeby nie roztrzaskał se durnego melona na przeszkodach, skoczniach itp.
Przed zjazdem ze wzniesienia k. Portu Leucate, zoczyłem ogromny pożar, okazało się później w odległości ponad 50 km, gdzieś w okolicach Beziers.  Grzyb ciemnego dymu rozłaził po bezchmurnym niebie. Nadlatują 2 pomarańczowe samoloty, rozpoznaję kanadyjski typ gaśniczy. Ściągnięte z całej Kanady, stada ich gasiły setki pożarów lasów w Brytyjskiej Kolumbii tego lata, a tu tylko jeden pożar. Kierują się na jezioro mierzejowe, zakręcają nad nim i schodzą do “lądowania” nabierając wody gaśniczej bez zatrzymania. Wznoszą się z lustra wody jeden po drugim, w kierunku grzyba. Zanim dojechałem do Beziers, minęło ze 3 godziny, a one pracowicie latały, w końcu trzy sztuki. Gdy dojechałem do miasta, z miejsca pożaru unosił się już tylko słup pary.
Z Beziers, po noclegu w parku wskazanym przy dworcu przez miłych właścicieli pakistańskiej pizzerii, z oporem poszedłem po bilet. W informacji poprzedniego dnia kobita na państwowym etacie powiedziała, że dojazd do Niemiec z rowerem będzie tres difficulte i potrwa 2-3 dni:  Nie ma TGV, a regionalne dochodzą tylko do Dijon. Na dworcu widzę na monitorze zapowiedź TGV do Strasburga. Decyduję: zdejmuję juki i koła, udaję że to bagaż i kupuję tylko bilet dla siebie. Udało się! Dostałem przypadkiem miejsce w pomieszczeniu za lokomotywą, gdzie TGV przewozi rowerzystów. Stał tam rower, jego właścicielka z uprzejmości nałożyła na mój pedał specjalny wyciągany ze ściany kapeć, żeby kto nie zawadził. Czyli jest jednak przewóz rowerów w TGV… Przeklęta żabojadzka informacja kolejowa! Pytałem Francuzów, czemu z tym u nich tak badziewnie; SNCF to instytucja państwowa.
Byłem w Strasburgu już wieczorem, wyjechałem w stronę Kehl, ale za Renem po ciemku zbłądziłem na drogę szybkiego ruchu (to nie Hiszpania, kierowcy sami cię zlinczują bez wołania policji). Nocowałem przy przystanku Kork kolei z Kehl.
Mój plastik odmówił posłuszeństwa w automacie biletowym i dotarłem do dużego węzła kolejowego Offenburg za frajer. Typowo dla Niemiec, było szybko połączenie do Pforzheimu. Do Szubertów zapukałem ok. południa. Znów pojechaliśmy po wodę źródlaną. W Pforzheim zajrzałem do sklepu z modelami kolejek, nie oczekując żadnych cudów. I tak było. Ale jak zwykle zaskoczyli ludzie. Ekspedientka, b. miła Niemka z dobrą znajomością angielskiego i spraw modeli kolejek, obsługiwała Francuza, więc czekam. Wtrącam, gdy uporał się w końcu z zamówieniem: We Francji ignorowano mnie, gdy proóbowałem pytać po angielsku, a tu ma Pan uprzejmą obsługę, nie musząc mówić po niemiecku. Czemu u was takie to pokręcone? Wiem że rozumiecie angielski, a ja Polak niestey nie znam waszego języka. Facet ze wstydem przyznał mi rację. A jak byłoby wśród swoich we Francji?
Nadaremnie szukałem w Pforzheim wąskich opon, zdarły mi się. Sklepy rowerowe chciały straszne pioniondze za chałę z Taiwanu — 30 C$. To samo kupisz w Vancouver za 10 – 12 C$. Rower został w piwnicy Szubertów. Tam bliżej i taniej przez Frankfurt (kilka linii z Vancouveru) niż dojeżdżać cugami z Polski. Przywiozę opony na następny rajd, który zacznę od Szwarcwaldu do Szwajcarii (Bazylea), stamtąd TGV i AVA do Madrytu — jeśli uda się wszwarcować rower :)) Co ciekawe, opłata za supr-szybkie pociągi wychodzi tyle samo lub nawet tamiek noiż za regionalne na tym samym odcinku. W sumie buli się więcej niż za samolot, ale nie zamieniłbym…
Przyszedł mi pomysł: zamiast wracać do W-szawy na lot do Kanady, zamelduję się we Frankfurcie, przesiadce na moim bilecie. Dzwonię do Lufthansy, Kein Problem tylko niech pan zgłosi przez agencję, co sprzedała bilet. Dzwonię do agencji OneTravel — niemożliwe… opłata 240 C$ za zmianę harmonogramu (!!!), a jak pan nie zamelduje się w Warszawie na lot, skreślą pana jako niestawiony się i nie wpuszczą do samolotu we Franfurcie.
Nie wyszły w Pforzheim plany wycieczek dziennych do Szwarcwaldu, pogoda nie kooperowała. Za to nadrobiłem zaległości mejlowo-blogowe. Po kilku dniach z Szubertami i obsłudze moich i żony dolegliwości wiedzą medycyny alternatywnej przez ich córkę Danusię, ruszyłem więc opornie do Polin, zaopatrzony zdrową wałówą z kuchni Bożeny: kiełbasa i salcefix od polskiego rzeźnika w Pforzheim, smalec własnej roboty, pyszne ciasto made by Danusia. Do tego razowiec niemiecki z Lidla.
Ostatnie dni wakacji jechałem więc do rodziny i spędziłem 2 dni w Krakowie. Przygotowałem się psychicznie na  trudne logistycznie przejście wczesną nocą z Görlitz do Zgorzelca. Miałem równo godzinę, żeby złapać połączenie do Wrocławia, a licho nie śpi… nieznane mi miasta, obolałe nogi, bez roweru. A jak spotkam Mizię, to baj baj pociąg 🙂 Pójdziemy w końcu na piwo a nie e-piwo…
Rodzina mieszka na porządnym po-PRLowskim odnowionym osiedlu: sklepy spożywcze, usługi, komunikacja miejska pod nosem, ruch zmotoryzowany oddzielony, w pobliżu parki miejskie… Spotkałem się też z Markiem Podleckim, nagrał filmiki z Drami Kękusiem i  Beinem, antyżydłackie rzecz jasna 🙂 Dostałem wreszcie od Marka obiecany tuż po Fukuszimie licznik geigera. Użyłem go w podróży do Kanady, odkrywając skażenie radioaktywne samolotu do Frankfurtu, ale nie do Vancouveru. Patrz alarm na górze wpisu.
Koleje w Europie Zach. i Polsce
Rozgryzłem systemy kolejowe na trasie rajdu po Europie. Francja zeszła na psy, informacja kolejowa jest żenująca. najlepiej nie pytać, tylko forsować drogę do pociągów jak ci pasuje, na podst. zapowiedzi na monitorach dworcowych. Połączenie TGV Strasbourg – Dijon nadal lipne: na większości trasy szybkość normalna a nie ponad 300 km/h, podobnie jak z picem pt. Pendolino w Polin. Ale płacisz jak za 300 km/h 🙂 Francja wycofała uniwersalną seniorską zniżkę 30%. Trzeba kupić za 60 ojro kartę roczną, jak niegdyś w Polsce (gdzie już tego niepotrzeba).  SNCF pokasował pociągi nocne, dzięki którym nie marnowałeś czasu, spałeś w kuszecie pokonując setki km.
Na dworcu Zaragoza – Delicias, super-szybki AVE hiszp. ptak, skrót od Alta Velocidad Española (Hiszpańska wysoka prędkość), duma kolei hiszpańskich RENFE, tabor nowszy niż francuski TGV. Na dalszym peronie prawdopodobnie pociąg dużej prędkości o zmiennym rozstawie kół — europejski i iberyjski.
Niegdyś koleje francuskie były na topie, z mego osobistego doświadczenia. Dziś moim zdaniem pozostały w tyle za Hiszpanią, która ma drugą na świecie pod wzgl. długości sieć super-szybkiej kolei, zbudowaną w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Hiszpańskie pociągi AVA to system podobny do TGV. Są dalekobieżne relacje AVA, np. z Madrytu do Marsylii, Bazylei i Paryża. Informacja kolejowa działa dobrze i przejrzyście. Jest specjalna obsługa dla niepełnosprawnych pasażerów. Konduktorzy pilnują, by na siedzenia nie kłaść gir w butach. Trasę Saragossa – Walencja (nieco ponad 300 km)  przebyłem pociągiem średniego zasięgu w 5 godz. za 20 ojro, rower za darmo. Pociągi regionalne są z reguły nowsze, a stacje czyste i wygodne, np. darmowe srocze, nawet jak nie masz wymaganej czasem monety… Co we Francji jest tragiczne w skutkach: zesraj się w portki, ale cię babsko nie wpuści.
Jeśli Polska ma dążyć do jakichś zagramanicznych modeli, to do hiszpańskiego, panie Jurku Zięba. W Polsce widać duży postęp na kolejach, jak na poziom Polin w jewrosojuzie. Dotyczy to usług dla pasażerów na stacjach i w pociągach, komfortu podróży, czystości dworców i taboru, zwłaszcza WC, jak i połączeń między-modalnych, np. kolejka miejska na Lotnisko Chopina co 15 minut, windy z parkingu piętrowego w Krakowie, oznaczone relacją i godziną odejścia pociągu z peronu poniżej. Ceny śmiesznie niskie w porównaniu z Zachodem, np. za bilet Szeremietowo – Węgliniec pociągiem IC zapłaciłem ok. 50 zł wliczając przewóz roweru i zniżkę seniorską 30%. Konduktor przyjazny i zrelaksowany, nie tak jak w PRL i wkrótce po.
Największą zadrą w Polsce znalazłem stację Węgliniec: to ruina a nie stacja czy dworzec, od peronów po zadaszenia i budynki. W niedalekim Görlitz odnowiony zabytkowy dworzec na wysoki połysk. W Zgorzelcu tylko przystanek jak tramwajowy. Musiałem w drodze powrotnej zaiwaniać jak wariat między tymi stacjami, by zdążyć na połączenie do Wrocławia, następne oznaczało 6 godz. czekania w upiornym Węglińcu w środku nocy. Wyrobiłem się ledwie ledwie 5 minut przed przyjazdem pociągu. Nogi bolą do dziś. To jest UE? Jewrosojuz dla lepszych i gorszych gojów.
Czemu idą tory z Węglińca do dojczlandii, a nie ma kontynuacji polskiego IC?! Trza jechać okrężnie do przeklętego Zgorzelca. Jest połączenie kolejowe Görlitz – Zgorzelec, ale za … 10 ojro za 4 km odległości!!! W podobnej sytuacji Kehl – Strasburg zapłacisz 6 ojro za 5 km. To jest jewrosojuzny skandal. Niemieckie pociągi wjeżdżają do Polski (Szczecin, Kulturbahn Drezno – Wrocław…), a PKP nie wolno do Niemiec?
Rozpoznałem pozostałości po polackim PRLostwie. Zwykle konduktorzy wagonów sypialnych coś kombinowali, żeby cię oszmanić. Jeszcze kilka lat temu, wsiadwszy w ostatniej chwili do wagonu Warsa w Berlinie do Krakowa, konduktor zdarł z niepoinformowanego za miejsce do spania, a bilet dał mi …po wypadzie do sąsiednich wagonów, jedynie na część podróży!!! Zabrał komuś!
W 2017 we Wrocławiu stało dwóch takich, młodszy i starszy, przy wagonach sypialnych i kuszetach, z cwaniackim wyrazem gęby. Pytam: Są miejsca w kuszetach? Młodszy: Niech pan idzie sprawdzić, my tylko od sypialnych. Idę, drzwi pozamykane, żadnej obsługi. Wracam i relacjonuję. Młodszy: Pójdę zobaczyć czy są wolne miejsca.  Wchodzi do (nie jego buhaha) kuszetek, wraca z odpowiedzią negatywną. Ile kosztuje sypialny? — pytam. 80 zł… opłaca się panu kuszeta za 60 zł? Qrva nie jego biznes co mi się opłaca a co nie! Powściągam się zamiast chwieja zbluzgać: Tylko 5 godzin do Krakowa, przekimam na miejscach siedzących.  W przedziale z drugim faciem, wyciągnęliśmy się na całej długości siedzeń i obudziliśmy pod Krakowem.
Polskie Pendolino fajne i wygodne, ale czy za extra 90 zł warto oszczędzić pół godziny podróży Kraków – Warszawa? Trzebaby zarabiać 180 zł/godz. żeby to miało sens. Do tego ta miliardowa przekrętna “inwestycja” nie wykorzystuje pełnej szybkości Pendolino, bo nie ma w Polin odpowiednich torowisk! Spadłem z fotela, zapytawszy konduktora, jaka byłaby opłata dodatkowa za nabycie biletu w pociągu — 130 zł!
Koleje Niemiec dyszą od popytu, starzenia się taboru, ale można polegać na ich rozkładach jazdy, nieźle łączących składowe relacje. Przesiadki są często z tego samego peronu po drugiej jego stronie, co znajduję cywilizowanym rozwiązaniem. Tabor jest nowszy z jakiejś przyczyny w b. NRDowie — może kompensacja za niechlujny komuchowy wygląd przytorza i budynków. Bije to w oczy z chwilą przekroczenia stacji Hof na b. granicy NRF – NRD.
Kilka lat temu zepsuł się nowiutki skład pociągu regionalnego. Obawiałem się, że spóźnię się na nastepne połączenie, jedno z parunastu 🙂 na planie podróży na Tageskarte do Szczecina. Nic takiego! Choć kolejarzom zabrało nieco czasu ustalić problem i podstawić drugi pociąg w polu, nie d0znałem żadnego spóźnienia. Połączenie na stacji pośredniej czekało aż przyjedziemy.
Zawłaszczyciele miejsc
Zbyt wielu w Niemczech rozkłada się na więcej niż wykupionym miejscu. Baba z dupskiem na 2 siedzeniach i walizką pod stolikiem z mej strony, ani razu nie odezwawszy się do wnuczki (która rozpoczęła rozmowę ze mną), musiała drastycznie zmniejszyć swą przestrzeń, gdy wszedł stanowczy biznesman i kazał jej zwolnić miejsca z jej torby podręcznej i walizy.
Parę razy gdy wchodziła rodzinka z dziećmi blondaskami, a miejsc obok siebie nie było dla nich z powodu zawłaszczania bagażem, ustępowałem moje, wpuszczałem dziecko do okna, przesiadałem się na sąsiednie miejsce. Wdzięczność była wielka, nagradzanie przyjazną rozmową i poczęstunkiem rodzinnymi słodyczami. Przy okazji nieco edukowałem o ujajaniu Niemców przez żydłactfo., podczas gdy oni mają opory mówić o Szoa i ciapatych 🙂  Zawłaszczyciele publicznej przestrzeni kolejowej byli oczywiście spiczniali wobec ludzkiej solidarności, lecz ogólna atmosfera przechodziła na wyższy stopień zadowolenia z podróży 🙂
Jeden czarnuch rozwalił się na 4 siedzeniach z girami na ukos. Wszedłem w miejsce po przekątnej od niego i czekam, patrząc nań bez ustanku. Udaje że grzebie w komórce. Ja ciągle  patrzę na jego girę. W końcu usunął ją.
W samolocie do Frankfurtu siedzę przy grupie 4 Polaków z firmy oponowej, lecą służbowo do Barcelony, na pewno nie wesprzeć Katalończyków 🙂  Jeden dostał rozwolnienia werbalnego, gada dosłownie bez przerwy, koledzy mają tylko możliwość potakiwać. Polskojęzyczni w promieniu kilku rzędów słyszą jego doskonałą łacinę w każdym niemal zdaniu. Nikt nie reaguje…
W samolocie do Vancouver biała kanadolka wpycha swe torby pod MOJĄ przestrzeń na nogi. Grzecznie pokazuję, gdzie jest granica, pytam czy wykupiła przypadkiem 2 bilety, a ona coraz nachalniejsza, chamsko pcha torby na moje stopy. Lot trwa już ponad godzinę, nie było minuty żeby mnie nie szturchnęła kokosząc się. Stewardessa potwierdza wskazaną przeze mnie granicę, ale karze mnie: przesiadka do ostatniego rzędu, fotele nieodchylne. Mam pomysł: sąsiad Norweg-kapitan leci z małą załogą do Brytyjskiej Kolumbii objąć statek żeglugi przybrzeżnej. Dobrze się nam gada,  fajny chłop skoro wziął najgorsze miejsce dla siebie a nie zepchnął na załogę. Zostaję na nowym siedzeniu, za utratę komfortu zażądam od Lufthansy bilet do Frankfurtu, może dostanę połowę 🙂 Stewardessa bez proszenia przyniosła nam dodatkowe czekoladki. Spodobało się jej 2 łysych Białych. Gdy przed lądowaniem zaserwowano Bratwurst mit Sauerkraut (i za moim,  Norweg zmienił swe zamówienie na puszkę Wahrsteinera), zapostulowałem: Czy wobec tych smakołyków nie powinniśmy za wszelką cenę chronić narodu niemieckiego przed wymazaniem z mapy zachodniej cywilizacji? Odparł krótko: Definitywnie!
Vanqrevskie mafie
Na lotnisku Vancouver niespodziewanka od miejscowej mafii: dopłata do biletu kolejki miejskiej, na budowę lotniska. Tak, jest ono cool, ale przez kilka lat płaciłem z każdym lotem … w sumie pareset dolców! Niech bulą chinole-milionerzy co na tymże lotnisku dostają automatem obywatelstwo Kanady.
Wejście do kolejki zamknięte bramką, do biletu brakuje mi parę dolców. Ciapaty z obsługi stacji wzrusza ramionami… W przeszłości zawsze Biały pomagał w takich sytuacjach, nie tylko Białemu — ot jaki Kair się robi z Vancouveru! Zaczęło się ok. morderstwa Dziekańskiego tejzerami przez ciapate RCMP.
Główkuję: nie dojdę do następnej stacji, leje deszcz. Wchodzę do busa wahadłowego do hoteli. Do Hiltona — mówię na wyrywki. Po drodze widzę znajomy hotel przy węźle autobusowym. Czy mogę tu wyjść? — pytam chinola-kierowcę. Siedzieć, chciał do Hiltona, tam wysadzę! — oznajmia podniesionym głosem. Przy hotelu pytam dalej: Czy wraca pan do tamtego hotelu? Żółtek odpowiada: Niby dlaczego? Wyjaśniam grzecznie: Są różne nazwy hoteli na karoserii, a podczas jazdy odmówił pan odpowiedzi. Wścieka się: Idziesz do Hiltona! Naganianie klientów… widocznie tak jest u nich, ale tu Kanada 🙂 Gdybym się tak odezwał do żołtego chama, pozwałby mnie… Fajnie  wrócić do multi-kulti i poniewierania Białymi w Kanadzie :)))
Hilton jak wszystko w tej części Vancouveru (Richmond) i nie tylko, wykupione przez chinolskich milionerów. Wysiadam, idę na ulicę. Same żółtki, Biały zombie w mokrym kapturze nie zareagował na pytanie omijając kałuże. Chinole nie wiedzą (jeżdżą luksusowymi autami), nie rozumiom. Pytam murzyna w recepcji Hiltona, daje mi namiar na przystanek autobusowy.
Ciapaci w zach. jewropie
Tylko w Niemczech miałem rasistowskie spotkanie. W Pforzheim  prowadziłem rower chodnikiem, dość obciążony wodą z ulubionego źródełka Szubertów. Z bolącymi nogami, dziadek nie idzie prościutko, jakby chciał ciapaty za nim — cygan czy cuś, ale śniady. Zanim mnie wyprzedza, wrzeszczy po chamsku w jakimś języku słowiańskim (serbski?), bo rozumiem: Nie widzisz gdzie leziesz, łajzo?! Rozmyślnie odpowiadam bardzo głośno na całą ulicę naprzeciw budynku policji 🙂 mieszanką słowiańsko-angielską: Oczu w dupie nie mam, a jak ci się niepodoba, wypierdalaj tam skądżeś przybył doić naszą cywilizację… I  szanuj chamie starszego!
Na ogół nie podoba mi się, jak sterczą na ulicach miast naszej Europy, jakby myśleli, jak więcej ściągnąć z socjalu, kiedy zaatakować, łupiąc oczyma na Białych. Nie mieszają się, nie pozdrawiają Białych chlebodawców, co dotąd było normalką w Kanadzie między rozmaitymi grupami etnicznymi. Spotykając się na ulicy, biją se wzajemnie podniesioną piątkę.
Turcy i inni ciapaci siedzą w upatrzonych miejscach, wysiadując jaja. Muzułmanie i in. ciapaci dominują w parkach, podobnie jak w Vancouver. Zaworowane ciężarne pilnują paru do kilku dzieci, najnowsze w wózku.
Młodzi ciapaci panoszą się na ulicach, jakby nie mieli co robić. Widać butę i oczekiwanie, że oni lepsi i im się należy.
Obrazki zupełnie obce nam, wyczuwalnie wrogie. Z tego nic dobrego nie będzie. Mamy prawo i obowiązek domagać się powrotu do normalki.
Można się jednak pomylić. W parku przy dworcu promowym z Majorki, obudziło mnie 2 ciapatych rozmawiających w ciemności i ustroniu przed policją, zażywając ziół. Podszedłem przepędzić — taki duży park, a oni niedaleko mego namiotu. Wywiązało się ciekawe spotkanie. Przedstawiwszy się jako Hiszpanie 🙂 pokazali mi na komórce, co wyrabia Gwardia Narodowa w Barcelonie, celu promowej podróży dnia następnego i co to “Amerykanie” zrobili (znowu!) w Las Vegas. Uświadomiłem ich co to żydłacka fałszywa flaga i czemu jako dysydent nie mam komórki. Niczemu się nie zdziwili. Po przełamaniu oporów, przyznali się, że są Argentyńczykami na robocie w Hiszpanii. Przez kilka mies. podrzędnej roboty w turystyce sezonowej, muszą zarobić na bilet i resztę roku …dla całej rodziny.
Żarcie
Najlepsze było u Szubertów. Wędliny od polskiego rzeźnika w Pforzheim, w tym pasztetówa, salcesony… Kaszanki (krupniok) zabrakło w dzień targowy na stoiska rzeźnika śląskiego pochodzenia. Za to wywiązała się w małej grupce klientów, rozmowa słowiańska o naszych nazwach salcesonu…  Z rąk Bożeny, tak dobrej kucharki i gospodyni jak moja żona 🙂 kapuśniak, barszcze, żurek, zimne nóżki, szmalec skwarkowy… Wypieki własne Bożeny i Danusi z piekarnika z rozkalibrowanym grzaniem, nigdy przypalone! Babcine wisienki i maliny w zalewce, z Polski. Własne pomidory. Do tego ciasta, jabłeczniki od gości z Polski i znajomych Polaków na miejscu.
Bellota Oro, Najlepsza szynka świata na targach IFFA Delicat w l. 2007 i 2010. Poniżej typowy wybór wędlin katalońskich.
Catalonian sausages and cured meats
Największa niespodzianka: katalońskie kaszanka, salcesony i zimne nóżki identyczne jak polskie. Katalońska podsuszona szynka (jamón serrano, szynka górska) jest bezkonkurencyjna. Kupowałem ją w gramażerkach super-marketów, obserwując ekspedientkę, jak odcina cieniutkie plasterki z udźca, jednego z wielu za ladą, do wyboru do koloru w odcieniach mięsa i zawartości tłuszczu. Z poprzednich podróży po Hiszpanii, byłem uprzedzony do ich wędlin, bo nie próbowałem tego delikatesu, tylko wstrętne kiełbasy hiszpańskie. Natomiast Katalończycy mają wędliny podobne do polskich!
Dla mnie nie ma udanej podróży bez dobrego żarcia. Nie miałem powodów narzekać. W agroturystytce Port Wizna brałem tylko śniadanie z porcją na kanapki na lunch tak obfitą, że zostawało na wieczór. Prosiłem tylko o dodatkowego razowca. Sklep spożywczy w Wiznie był dobrze zaopatrzony, typowo dla Polski. Kolacje w Wiznie to były koleżeńskie kiełbaski z piwem, smażone na patykach w ognisku.
W in. sytuacjach gospodarze zaciągali mnie do jadłodajni tzw. domowych. Matki-Polki za ladą dołożą ci pyrków z sosem czy sałatki, bez dodatkowej opłaty. W Łomży za 12 zł zjadłem: gęsty żurek (ponad pół litra) z wkładką kiełbasianą, na drugie dwa kawały golonki z ziemniakami i buraczkami, kompot. W Krakowie za 15 zł w “barze mlecznym” miałem barszczyk w kubku i 2 pokaźne krokiety, ziemniaki ze sporym kotletem mielonym i burakami. W obu przybytkach żarcie palce lizać, przyjemna obsługa i czysty lokal. W tym barze smutne przypomnienie o żydłackim ludobójstwie: młoda para karmi wyrośnięte dziecko, zniszczone scypionką czy czymś podobnym z repertuaru “medycyny” rockefellerowskiej.
Na trasie żywię się w supermarketach. Polskie sklepy spożywcze biją te w Europie zach. ceną i jakością. Najlepsze ceny poza Polską były w Niemczech, najgorsze we Francji, po środku w Hiszpanii. Owoce w tych przybytkach nie nadają się do natychmiastowego spożycia, więc zaopatrywałem się przy drogach: figi, jabłka, gruszki, daktyle, migdały, owoce kaktusa, brzoskwinie, mandarynki, uschłe winogrona tj. rodzynki. Gdy zabraknie w drodze chleba, można pożuć kukurydzę.
Najlepszy wybór jest we Francji w hiper-marketach takich jak Carefour. Towar atrakcyjnie wystawiony, ale drogo. Bułko-jady Francuzi nie mają taniego chleba razowego czy wielo- i pełnoziarnistego jak w Niemczech (0.59 ojro w Lidlu niemieckim, 0.99 ojro w Lidlu hiszpańskim). Bije to cenę w Kanadzie na identyczny produkt niemiecki — aż 1.60 ojro okazyjnie, 2 ojro normalnie, jeśli znajdziesz! Podobnie z serami wszelkiego rodzaju –  drożyzna i mały wybór w Kanadzie.
Moje in. ulubione z Lidla: gotowane fasolki, mieszanki warzywne, ciecierzyca… pasztety, sery miękkie i twarde francuskie i holenderskie (strasznie podrożały od poprzednich podróży), jogurty owocowe w pojemnikach 0.5 L, szprotki i małże w puszkach, smażone śledzie w sosie… Ulubionych rolmopsów w słoiku już nie znalazłem. Nie ma też już kabanosików bodajże niemieckich.
We francuskich Lidlach unikałem najtańszej bagiety, jest nie do zjedzenia jak ostygnie. Kupowałem droższe wypieki własne hiper-marketów. Za to w niedużym sklepie osiedlowym w Krakowie było kilka nienajgorszych rodzajów chleba z miejscowych piekarni, parę typów niezłych bułek, reszta “ulepszona” chemią i powietrzem. Ucieszyła mnie też śmietana, nie tak dobra jak w PRL… homogenizowana nie wiadomo po co, ale śmietana. Niestety kabanosy polecone przez sprzedawczynię okazały się “malowane” a nie wędzone. Takaż była zapewne “wędzona” makrela.
Poza kolacją dla kierowców tirów 🙂 na promie na Majorkę (smaczne i obfite), nie jadłem w restauracjach. Wyjątek w piwnicy krakowskiej był zdzierstwem: 30 zł za mały placek po węgiersku i piwo.
Świadomość
Najtragiczniej jest w Polin. Ludzie nie chcą wiedzieć, lub polegają na propagandzie jak na Biblii. Dla porównania, wród Katalończyków zaczynałem zdanie, a oni kończyli 🙂 W Wiznie, praktykująca doktor medycyny, absowentka z l. 1970-ych przekonywała w odpowiedzi na krytykę scypionek: Zaszczepiali nas i pozostajemy zdrowi. Nie mam obiekcji do wpółczesnych szczepień, zalecam pacjentom szczepionki. Bierze udział w zbrodni ludobójstwa, niech poczyta konwencję…
Szczeniak politycznie poprawny u boku takiegoż tatulka na obchodach w Wiznie, jechał na PRL (wszystko złe) po zagajeniu przeze mnie o 88-letnim wiarusie z LWP, ktory właśnie odszedł od stołu, zachwycony grochówką jak za tamtych lat.
Rodzinka w Polin pojęcia nie ma o medycynie rockefellerowskiej, ślepo wierzy w medycynę konwencjonalną. Podobnie na tematy polityczne: Są dwie prawdy…
Niedoszły poseł w pociągu, opieprzył mnie i polonusów, że nie wracamy do kraju :)) Zachwycony był Polin, no bo gdzie są tak tanie nowoczesne pociągi! Jechaliśmy nowitkim IC. Produkcja w Polin na licencji niemieckiej z kanadyjskiej firmy Bombardier… A gdzie polskie zakłady produkcyjne, myśl tachniczna i zarządzanie?
Niemcy widać są zastraszeni. Ale gdy zagai obcy, zwalniając ich od odpowiedzialności, da się wyciągnąć to i owo. Są przeciwni NWO, totalitarnej polityce Merkel, opluwaniu Putina i Rosji, zalewowi nachoćczemu, poniewieraniu Niemców na korzyść ciapatych i obcych w ogóle, którzy dosłownie z całego świata walą do Niemiec by doić socjal i dorobek Niemców.
Matka rodziny 4 osobowej powiedziała w pociągu z dezaprobatą: Polecają nam “model kanadyjski” imigracji. Uświadomiłem ją jak to wygląda: chinole-milionerzy dostają obywatelstwo na lotnisku, wykupują nieruchmości podbijając ceny, zabierają pracę i miejsca na uniwerkach naszym dzieciom. Stare i chore ich pociotki oraz pozatruwane chińskim ołowiem dzieci zakneblowały kolejki do lekarzy. Te ostatnie wydzierają się w parku przed naszym domem jak dzikie małpy, a rodzice wzruszają ramionami na zwróconą uwagę.
Mają piewszeństwo jako cenni imigranci, inaczej wrzeszczą dyskryminacja! Muślimy podobnie: panoszą się jak w swoim kalifacie, poniżają Kanadyjców — bezkarnie, w odróżnieniu od wysokich kar dla nas za podobne. A suszpy, urzędy i ścierwomedia stoją po ich stronie. Trudeau przeszedł z komunizmu na islamizm…
Niemka była zdewastowana, jej mąż też, choć nie odzywał się. A dzieci blondaski jak to dzieci — bawiły się i gaworzyły.
Niech Bóg broni naszą rasę, kulturę i cywilizację! To mój główny wniosek z tej podróży.
Advertisements

1 Comment

  1. […] Relacja z wakacji 2017 Grypy666 […]

    Pingback by Przeżyjmy to jeszcze raz wpis po wpisie | Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina — 05/01/2018 @ 20:58


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Create a free website or blog at WordPress.com.

%d bloggers like this: