Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina

09/05/2016

Piotr Bein: II podróż po Egipcie

Filed under: Uncategorized — grypa666 @ 20:45

Piotr Bein 17.8.2016

Przygotowując szkic do serii o Egipcie, e-odkryłem wspaniałe pomniki chrześcijaństwa na Pustyni Zach. (Dolina Natronu) i w Nubii (Egipt Górny i Sudan). Postanowiłem wybrać się tam na pielgrzymkę rowerową przed upałami lata. Miałem najpierw dotrzeć z lotniska do monastyru Św. Szymona Garbarza na wzgórzach Mokatam w Kairze, zwiedzić Miasto Śmieciarzy i udać się do piramid w Gizie i ruin starożytnej stolicy Memfis nieopodal. Opcją była Oaza Fajum 30 km na płd. od piramid: skupisko koptów, stare monastyry…

Plan zawalił się, potem następne jego części: Asuan, Luxor, Asjut… Wyciągnąłem plan B: spontaniczy rajd bez twardych planów, spotkania z ludźmi. Kontakt duszy z duszą, zamiast tabliczek i przewodników o przeszłości (kto wie jak zakłamanej), natrętnego narzucania się „żebraków“, dzieciarni i handlarzy w strefach turystycznych, kantowania Białego: woda, kawa, herbata, falafel, owoce droższe niż w Kanadzie…

Spotkania różnie wyszły. Wyczuwa się niechęć do obcego. Radosne powitania nieskompensowały zbyt wielu przypadków znęcania się werbalno-mentalnego, wręcz agresji islamistów w 1-ych dniach podróży. Bractwo Muzułmańskie zaczynało mosiadowe fałszywe flagi nienawiści do Białych właśnie w Egipcie. Krypto-żydowska Arabia Saudyjska z żydowską odmianą islamu — wahabizmem, jest tuż za M. Czerwonym, a Izrael — za ludobójczą jatką Gazy.

Dopiero ostatnie 2 tygodnie, gdy przed wjazdem na wolność Pustyni Synajskiej bliski byłem powrotu na lotnisko i wczesnego odlotu (choćby nawet z dopłatą) były prawdziwymi wakacjami. Pustynia, wiatr w plecy zamiast zatłoczenia, brudów i durnoty muślimów. Spokój, piękno, czystość, zieleń Szarm el Szeik były mi zbawieniem. Bez oporów zainstalowałem się na 10 dni w 5-gwiazdkowym hotelu all inclusive. Decyzja przeszła moje oczekiwania. Poznałem Egipt od lepszej strony…

30 godzin, 300 km

Omenem był brak odpowiedzi na e-zapytanie z Kanady do mnichów o nocleg u Św. Szymona. W Kairze muślimy celowo zmylali, bym nie dotarł do monastyru, a koptowie słabo pokazywali drogę. Ze wschodem Słońca szybko wzrósł ruch. Przed południem znalazłem się w punkcie, przez który przejeżdżałem nocą, tyle tylko że ruch był zajebisty, powietrze gorące, pełne pyłu. Po nocy pedałowania i błądzeniu do południa, miałem dość wrednych muślimów, brudu, smrodu, kurzu i chaosu drogowego. Postanowiłem dojechać do dworca i pociągiem udać się do Alexandrii. Do Doliny Natronu dotarłbym po zwiedzeniu miasta i przez Gizę wróciłbym na pociąg Kair – Asuan.

W Alexandrii identyczny syf. Iskandrija… muślimy upierdliwie poprawiali mnie, a ja na to: nazwa od Greka, Alexandra Wielkiego, a nie jakiegoś Iskandra. Mój pociąg wjeżdża na dworzec, odjeżdża akurat pociąg miejscowy. Chmara chłystków szturmuje go nie wiem czemu od strony torów — zaprawa do inwazji na Europę? Przy stacji muślim szczał pod murem na kupę odpadów i gruzu. Zapytany o drogę w kier. plaży, inny muślim z motocyklem wskazał na minaret: Zapytaj imama, on daleko widzi z wieży. Ulicami dotarłem do promenady El Gaisz wzdłuż brzegu morskiego, przez posterunek czarnych (bojowe ubrania) sił anty-terroru z nowoczesną bronią gotową do strzału. Niektórzy, nie tylko na tym posterunku, wyglądali na Ujgurów – kontrakt rządu Egiptu?

Ruch był taki, że nie dało się przejść na brzeg morza. Po x km marszu znalazło się przejście ze światłami. Wszedłem do ubikacji w jednej z kafejek plażowych. Syf! Popedałowałem w wieczornej atmosferze, lawirując między pieszymi na nadmorskiej promenadzie. Minąłem Bibliotekę bez żalu; chciałem jak najszybciej wyjechać na szosę tzw. pustynną do Doliny Natronu. Podczas zwiedzania Cytadeli, wyrostek atakuje mnie werbalnie, szarpie rower podczas mej rozmowy z facetem typu „Welcome to Egypt“.

Inwazja arabska

Muślimy często nalegały: Mów po arabsku, tu nie Anglia.

Jeżdżę po całym świecie – mam się uczyć jęzka każdego odwiedzanego kraju? Mogę do was mówić po polsku, albo po rusku…

Arabskiego musisz się nauczyć, jest ważniejszy niż angielski, jest nas miliard na świecie – nalegali.

Wy się uczcie, jak wam się podoba język najeźdźców. Arabowie najechali na Egipt w VII w. i od tego czasu obcinaniem języków „nauczyli“ was arabskiego w miejsce waszego własnego, koptyjskiego. Żadniście Araby, tylko Egipcjanie, Rzymianie, Nubijczycy, Beduini, Bedża, Sudańczycy, Etiopczycy, Palestyńczycy, Włosi, Grecy i kto tam jeszcze domieszał się wam do narodu…

Rozmówcy dębieli. Wtedy dobijałem gwóźdź do trumny muślimskiej: Nas Polaków najeżdżają różni od jeszcze dawniej, a język zachowaliśmy.

Cisza.

Muślimy-hejterzy na dźwięk angielskiego udawali, że ani słowa nie rozumieją. Najgorsi okazywali jawną wrogość. Zapytani o drogę, pokazywali rozmyślnie mylny kierunek.

Wielu Egipcjan jest niegramotnych, chcieliby pomóc, ale w zapale niezrozumiawszy pytania do końca, pokazują zły kierunek.

Normalni witają przybysza Welcome to Egypt! Niektórzy pro forma, inni szczerze, lecz z reguły dalsza rozmowa sypie się, bo nie znają angielskiego.

Zbyt wielu zagadywało What’s your name, where are you from? tylko po to, żeby się następnie wyżyć, werbalnie poznęcać. Durnie biorą anglojęzycznego za Brytyjczyka, których nienawidzą. Po pierwszej dobie tortur od muślimów, nauczyłem się odpowiadać: Butros (Piotr)… Jestem Polakiem, mieszkam w Kanadzie. Mam do ciebie mówić po polsku?

Droga „pustynna“

Przez przedmieścia portowo-przemysłowe, walcząc z szynami tramwajowymi i ruchem sporym mimo późnej pory, dotarłem do El Agamy, połączonej z tak zwaną🙂 drogą pustynną: niemal cała droga aż do Kairu biegniea wśród upraw rozszerzanej Delty Nilu. Tu i tam słyszałem w ciemności zraszacze pól i sadów. Pustyńkę pod Kairem zajmowało lotnisko wojskowe, z dobrze ukrytymi letadłami, bo Razwiedce666 nie wypatrzyłem Su 🙂

Szosa pustynna to autostrada, z flankami dla rozjazdów, ciężarówek i pojazdów rolniczych. Przy (nagminnej w Egipcie) blokadzie wjazdowej, przemyciłem się w kolejce ciężarówek, parokilometrowym sznurem chórem trąbiących na ślamazarną kontrolę. Inaczej policja niepozwoliłaby mi pedałować nocą, jeśli w ogóle. O czym dostałem życzliwe ostrzeżenie kilka godz. wcześniej, nie zdoławszy zamelinować się na noc w hotelu szkoleniowym policji pod Iskandriją. Żadnych in. hoteli! A M. Śródziemne rzutem kamieniem.

Trzymałem się metrowego paska asfaltu z prawej strony białej linii. Od czasu do czasu podskoczyłem na większym kamieniu. Spoko, na przodzie miałem super-wytrzymałe koło wartości kilkuset dolców, nabyte na wyprzedaży bankruckiej w Vancouver za …20 C$. Zaś koło zadnie, nienajgorsze, wróciło z Egiptu z pękniętą szprychą (dobite pod stertą walizek w samolocie?). Nieźle jak na kraj z częstymi odcinkami w budowie… nie wiem co gorsze: pył, wyboje czy żwirowo-piaskowa nawierzchnia. Wtedy na wyasfaltowaną stronę bezceremonialnie przepychałem rower przez pas dzielący (pancerne krawężniki wys. pół metra, zasadzka p-czołg. między nimi🙂 ), jechałem pod prąd skrajem asfaltu po „wolniejszej“ stronie ruchu, tzn. mojej lewej; Egipcjanie zasuwają tak samo na wszystkich jezdniach.

Na szosie pustynnej, z daleka kierowcy ciężarówek widzieli mnie, wyposażonego odblaskowo od kasku po błyskające lampy z przodu i tyłu. Nie zwalniali, tylko ostrzegali melodyjnymi klaksonami, jakbym z daleka nie słyszał ryczących silników i ich echa w nocnej pustce. Zmieniali jezdnię, a mijając pozdrawiali ogłuszającym klaksonem. Gdy druga jezdnia zajęta była przez takiegoż potwora, trąbili z tyłu do skutku, aż dałem znać że słyszę i/lub zjechałem na miękkie pobocze. Tego unikałem – najlepsze szansa przebicia gumy.

Nie zwalniałem też ani nie stawałem, czego pożałowałem parę dni później. Niemając wyjścia, kierowca musiał pozostać w swej jezdni (na drugiej była szybsza ciężarówka), zmuszając mnie przejechać przez odcinek zasypany żwirem z piaskiem — tam ukrył się kolec. Szczęściarz — miałem tylko kilka km do monastyru. Nieszczęściarz patrzył, jak “winny“ ani żaden inny tirowiec nie zatrzymał się pomóc pchającemu rower z kichą. Dopiero na 5-km drodze przez posiadłość monastyru zatrzymał się autokar. Próbowaliśmy wepchnąć rower do wnętrza wypełnionego pielgrzymami – nie mieścił się. Mimo to podziękowałem wzruszony. Jakiś kilometr od monastyru wyjechał mi na spotkanie, wyładowawszy ludzi. Ujął mnie jeszcze bardziej.

Klaksony, światła i ozdoby ciężarówek to osobny rozdział: ambicjonalny składnik zawodu kierowcy, broń na drogowe „bitwy“. Zlokalizowana taktycznie tam, gdzie najskuteczniej razi przeciwnika: choinki świateł na przodzie i ogonie, klaskony prezyzyjnie wycelowane w przeciwną wstęgę ruchu. Malunki z tyłu, niewidoczne nocą, skompensowane wymyślną feerią świateł. Nie widziałem tego na Zachodzie – zakazane odwracacze uwagi? Zestaw niepotrzebny technicznie: pas świetlny na szerokość ogona, kolorowe ustrojstwo świateł disco, w ciągłej zmianie deseniu i kolorów wg programu czipa.

„Arabom“ to nie przeszkadza, jeżdżą z zawrotną szybkością obładowani zawrotnie. Szybszy „wróg“, po której ręce by nie minął, podlega skrupulatnej ocenie ogona, dokładniejszej niż front, w lustrzyskach wstecznych widoczny pobieżnie.

Ładunki czasem trza odładować, gdy zaczną sypać się ze skrzyni albo zbytnio naciskać na opony – zmordowane szybkością, odległością, żarem słońca i tarcia. Parę postojów przy autostradach było zasypanych odładowaniem: piachu, miękkiej skały do wyrobu ceramiki, balami trzciny… Bloger opisywał ratunek od dehydracji, otrzymany „z nieba“ na 100 km pustynnej drogi nad M. Czerwonym: co jakiś czas leżała przy szosie zgrzewka z wodą butelkowaną… spadały z ładunku „zabezpieczonego“ tekturą, która rozmokła na deszczu🙂 Wiem, “ile“ tam możliwości zatankowania wody. To było zbawienie, dosłownie.

Na postoju autostradowym pod Gharib zatrzymał się autokar. Dziwiłem się, że nie jedzą, nie piją, nie sikają, nie zmieniają opony… i nie jadą dalej. Owszem, zabiorą mnie, ale potrzebują paliwa. Rozglądam się po pustyni – żadnej stacji benzynowej. Z czeluści bagażowych wyjęli lej sklecony z krzywego kawałka rury i górnej części butli po wodzie pitnej. Podzwonili, poczyścili lej z piasku (jest wszędzie)… Piasek uparcie pozostał przyklejony. Stukali, pukali, a piasek nic. Podszedłem do wiechci po ładunku trzciny znad Nilu. Wziąłem pęczek, na sucho wyszorowałem lej w środku – voila! Od tej chwili byłem ich bohaterem🙂 Przyjechał taki sam autokar, też pusty, ale z wielgaśnym baniakiem paliwa.

Słowiańskość „arabska“

Należy się dobre żarcie za rzetelną robotę kierowcy czy rajdowca rowerowego. Tacki daniek w samolocie dawno poszły w kalorie pedałownia i użerania się z muślimopoprańcami. Byłem dość głodny, po “posiłkach” w pociągu: herbatka (cukier jakiś taki odżywczy, chyba nie GMO – trzcinowy?) i egipskim soczku (brzoskwinia, jechała mi „made by JewCola“). Po diecie pomidorowo-pomarańczowej ze stoiska ulicznego w muślimskiej Iskandriji (policzył mi tak samo cenę jak ziomkom! — może kopt?) został pustawy juk, za to częste wsparcie podlewania upraw pustynnych🙂

Przy dojeździe do szosy pustynnej stał makdonalds. Zerknąłem na cennik – drożej niż w Kanadzie! Z rozstrojonym żołądkiem, poprosiłem o gorącą wodę do aluminiowego bidonu, przegotowaną przez kilka minut — zaznaczyłem. Usługa (nie chcieli zapłaty) fachowa, przez studenta na dorobku po godzinach. Woda schłodziła się wnet w nocym pędzie😛 roweru. Byłem dowodniony, ale głodny. Po ciemku trudno znaleźć wiktuały w uprawach przydrożnych i za wcześnie w lutym liczyć na nie, nawet w Delcie Nilu. Kwadrans dalej, w obniżeniu przy drodze stała spora buda z oświetlonym szyldem w jęz. arabskim. Na parkingach po obu stronach drogi ciężkie ciężarówki z silnikami na chodzie – nieomylny sygnał, że tu się dobrze poje. I pojadło się…

Zszedłem po schodkach. Bez ceregieli i menu, wskazałem obsłudze na stół sąsiedni: grupka kierowców w turbanach opróżniała miseczki metalowe (jaki biznesman narażałby się na skaleczenie zmywakowego czy straty w skorupach!). Gestem serdecznie i szczerze zaprosili, bym się przyłączył. To mamy wspólne z „Arabami“!!! I nie tylko to🙂🙂🙂

Po paru minutach właściciel przynosi z dziesięć talerzyków: falafel mięsno-warzywny, zupy (arab. sop), jedna z kluseczkami, arabskie sałatki (pyrki jako warzywo, pomidorki, ogórek i nieznane mi, ale aromatyczne – niewątpliwie pożyteczne mikroelementy), ryż, arabskie kiszonki i parę pyszności z mięska, w tym zdrowy na mózg tłuszczyk i podroby. Najpyszniejsze zamówiłem po raz wtóry, wskazując na pustą miskę, a on wiedział z daleka, o co proszę!

Nasycony, musiałem dopchać słodkim deserkiem z jeszcze słodszą szaj – herbatą. Nie wypadało odmówić świetnemu kuchcikowi, sprawnemu kelnerowi ani uczciwemu właścicielowi przybytku (w jednej osobie). Skinąłem: płacić. Wyciągnąłem stówę (niecałe 18 C$), nie oczekując reszty. Wydał mi kilka banknotów! Bez wahania oddałem dwudziestkę. Zatrzymał w dłoni. Odstawiwszy naczynia do kuchni, podszedł do myjącego (dosłownie! woda lała się z ceramicznego stołu na takąż podłogę) i wręczył mu już nie mój banknot.

Wszedłem z obawami po wstrętnościach od muślimów, wyszedłem po stromych schodkach jak po wizycie u gościnnych Słowian…

Specyfika ruchu

Wszyscy bez wyjątku blogerzy rowerowi ostrzegali przed szalonym ruchem w Egipcie. Bałem się jak dżumy utknąć na drodze w Kairze po wschodzie słońca. Tylko piątek, święto muzułmańskie jest do jazdy rowerem w mieście wielkim jak Kair. Zaplanowałem nocny harmonogram na Kair po przylocie, a jednak utknąłem.

Po przyjemnej jeździe chłodną nocą od 3. rano z lotniska po pustych arteriach metropolii, w poszukiwaniu monastyru wschód słońca zastał mnie na obwodnicy. Ruch wzmagał się błyskawicznie. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem, słońce jedynie wskazywało strony świata. Znaki drogowe, pozornie przeciwne intuicji kierunku, niekonsekwentne z różną pisownią angielską tej samej nazwy, zawiodły mnie okrężną drogą, zaprojektowaną na samochody a nie rower.

Nie miałem wyjścia: cofać się czy jechać naprzód — jednakowo szalony ruch. Parłem więc precz od śródmieścia. Tak dojechałem do muzułmańskiego Mokatamu, gdzie czekała mnie kolejna gehenna, tym razem w wolniejszym, ale jeszcze bardziej skomplikowanym — ruchu miejskim. Do zmyłkowych info kierunku do monastyru przywykłem. Doszli przechodnie w dowolnym miejscu, brak sygnalizacji na skrzyżowaniach, nawroty U z przepychankami. Spieszni kierowcy na chama wpychają się, gdy przechodzisz drogę. Prowadzony rower jakby ośmielał ich do dominacji.

U Św. Makarego

Ok. 7:30 rano dotarłem wreszcie do Św. Makarego w Dolinie Natronu. przejechawszy po ciemku mimo 3 monastyrów położonych na płn.-zachód od niego. Egipcjanom też trudno coś znaleźć, choć mają przewagę językową. W nocy stanęło koło mnie auto z koptami, szukali Doliny Natronu. Gdyby nie ogromny szyld przy szosie w świetle poranku, minąłbym i ten.

Wyznaczony mnich nalegał na natychmiastowe zwiedzanie. Przeprosiłem, że wpierw muszę się wyspać; ponad 50 godz. od wyruszenia z domu, w tym 30 godz. błądzenia po Kairze i Alexandrii oraz nocnej jazdy drogą “pustynną”, zdrzemnąłem się tylko w samolocie i pociągu. Przebyłem wtedy rowerem jakieś 300 km! Zbawieniem był dość silny wiatr w plecy z El Agamy aż do monastyru.

Nie brak snu i trud fizyczny doskwierały. Psychicznie zdruzgotali muślimscy hejterzy. Na obwodnicy Kairu, nienawistnik w „sukience“ syczał usłyszawszy angielski. W Kairze, osiłek otoczony takimiż, zamiast wskazać drogę na dworzec, pociągał mi rower, gotów do bitki. Nieco dalej, inny muślim nienawistnie odmówił po angielsku: Dworzec? Nie mogę tobie powiedzieć, nie rozumiesz arabskiego. Po drodze, dzieciaki wychodząc ze szkoły przekształcily sympatyczne spotkanie w nieprzyjemny epizod. Interweniował nauczyciel, kończąc standartowym Welcome to Egypt! O ironio! W angielskim obok dosłownego znaczenia przyjaźni dla przybysza (intencja nauczyciela), jest drugie: szydercze.

Nagminne jest podwyższanie ceny Białemu. Za Alexandrią, nocą, grupka zaczepnych „cwaniaczków“ kpiarzy w kafejce plażowej niewydała reszty z 20 funtów (należało się najwyżej 3 funty) za wodę w butelce, którą bezczelnie za moimi plecami nalali z kranu!!! Nie boicie się? Mogę zgłosić policji turystycznej. Zaśmiali się w nos: On jest w policji! — powiedział złodziej z obsługi kafejki, wskazując na kolegę, siedzącego z nimi po służbie. Blefowali, czy może korupcja jest tak głęboka? Z późniejszych obserwacji – raczej to drugie…

Nieraz doświadczyłem podobnych od smarkaczy muślimskich. Nie mają szacunku dla starszych obcych, a dla swoich jak najbardzej! Rozróżniam niesforność małolata od agresji. Hejterska indoktrynacja zaczyna się od dzieciństwa? Zacząłem podejrzewać pod koniec pobytu, zebrawszy info o  obowiązkowym wśród nich obrzezywaniu, że agresywne zachowania wynikają z tego. Zaiste! — miałem intuicję.

Przekonawszy się naocznie o egipskiej ochronie środowiska — góry śmieci, kanały-kloaki,  zdemolowane parki — zrezygnowałem z wizyty w Sadat City. Wiatr w plecy zawiózł mnie 100 km prosto do Kairu w 4 godz. Po drodze Giza okazała się syfową dziurą, z piramidami wyzierajcymi przez wyrwy w upiornej zabudowie i masowych nowych osiedlach. Skąd turystyczne fotki piramid na pustyni?!

Niezapomniane niespodzianki

Pierwsza czekała na estakadzie między Gizą a uniwerkiem. Drogi główne często idą w Kairze estakadą, nieprzeszkadzając ruchowi lokalnemu w zabudowie poniżej.  To niewątpliwa zaleta, ale są też wady, w tym hałas w okna wyglądające na ruch tranzytowy, no i spaliny. Co jakiś czas na barierze stoi przymocowana opona tira — reklama wulkanizatora po drabince poniżej estakady. Gorąco, smród spalin i kurz… najlepszy moment, by złapać gumę. I złapałem.

W czystych warunkach da się znaleźć przebicie bez miski wody, ale tu nie miałem na to wcale ochoty. Gdzie i jak ręce potem umyć — na estakadzie? Miałem kilka godzin czasu do pociągu nocnego. Do dworca pozostało kilka km. Dotrę pieszo, naprawię gumę na stacji, w pociągu lub w Asuanie. Nie uszedłem daleko, na poboczu stoi gruchot z nadkompletem studentów. Pokazuję na kichę, prosząc o podwózkę. Śmieją się, pokazując na swoją kichę🙂

Nie uszedłem kilometra, pod prąd sporemu ruchowi jedzie góralem młody człowiek. Widzi moją kichę, zatrzymuje się sam. Rozmawiamy, wyjaśniam, że dojdę na piechotę. On zdejmuje plecaczek, wyciąga narzędzia, łatki i klej. Zdejmuję koło, wyciągamy dętkę, pompuję ją, wyczuwamy dłońmi wypych powietrza przez przebicie.  On sprawnie zakłada łatkę, próba poompowa, nie ma drugiej dziurki. On czeka aż nałożę koło i mogę jechać dalej — a widać było że się dokądś spieszył.

Na pożegnanie daje mi garść łatek, miałem tylko wysokotechniczne marki 3M — cieniutki plastyk, diabli wiedzą jaki klej i czy wytrzymałby w upale Egiptu. Szperam w jukach za prezentem dlań — zapasowa opaska odblaskowa, przyda mu się wieczorem na estakadach pod prąd😦

Wciąż pod wrażeniem ludzkiego gestu, pytam czy on kopt. Muslim — odpowiada z uśmiechem. Szperam za czymś więcej — kontener z chałwą, prezent od mnicha na drogę. On nie chce wziąć, wzbrania się, widząc żem podróżnik. Wciskam mu jak on mnie łatki. Na pożegnanie obejmuję go, łezka ścieka po policzku… Odpedałowuję na dworzec jak nowonarodzony.

Druga niespodzianka też związana z rowerem. Nie mogę przejść przez skrzyżowanie przy dworcu. Ruch szalony, mysz się niewciśnie, światła na przejściu niedziałają jak to w Egipcie (a gdyby działały, to kto przestrzegałby?). Widzę zejście podziemne, symbol pociągu. Taszczę rower po schodach. Klatka kontroli antyterroru, przechodzę na chama, wiadomo że włączy się alarm. Ignoruję wołania strażnika, prę na stację. Dogania mnie życzliwy. Wyjaśnia po angielsku, że to stacja metra. Znów taszczę rower po schodach, ale na górę. Staję bezradny przy przejściu dla pieszych. Ten sam człowiek podchodzi, oferuje pomoc; wychodzi na jezdnię, daje jedną ręką znać kierowcom, że idzie fajtałpa zachodnia, a drugą przywołuje mnie na pas śmierci. Doprowadza pod wrota Dworca Ramzesa. Wyjmuje kartę wizytową — klub rowerzystów… zaprasza na najbliższe spotkanie…

Trzecia niezpodzianka w autobusie Szarm el Szejk – Kair w powrotnej drodze z Egiptu. Dotrzymałem do środka trasy wolne miejsce obok, kładąc tam torby rowerowe. Autobus zatrzymał się dłużej w jakiejś pipidówie. Wszedł kontroler, spisał wszystkie wolne miejsca, widocznie przed sprzedażą biletów. Za kilka minut przysiada sie nowy pasażer z tajemniczym pakunkim owiniętym w papier. Niechętnie zdejmuję ciężkawe torby, wciskam na kolana między klatkę piersiową a oparcie siedzenia. Autobus rusza, współpasażer odwija pakunek– słodkie ciasto arabskie. Ahmed przedstawia się, ja też. Oferuje kawałek smakołyku. Zły, że cierpię z torbami, odmawiam: Właśnie jadłem, dziękuję. Po jakimś czasie znów nalega. Biorę słodycz, w zamian wyjmuję pomarańcz, buteleczkę wody i pomidora z toreb. Wywiązuje się rozmowa. Przeprowadził się kilka lat temu z Kairu (za duży dlań) na Synaj do miasteczka (gdzie zatrzymał się autobus). Co robi? Jestem zawodowym piłkarzem. Ahmed wysiadł na przedmieściu Kairu. Skrupulatnie zwinięte opakowanie po cieście rzucił do rynsztoka.

Asuan – Pustynia Wsch.

Tak jak do Alexandrii, pociąg I klasy był w porządku i tani (ok. 20 C$). Chciałem kupić sypialny, ale w biurze powiedzieli, że nie można zabrać roweru, podobnie jak w pozostałych pociągach. Bzdura! Blogerzy piszą z Egiptu o bezproblemowych podróżach z rowerem w pociągu. Do Alexandrii nie było żadnych problemów ani opłat za rower. Wsiadłem więc bez biletu, rower postawiłem przy bagażach, bilet kupiłem u konduktora. Bez problemu, dolara więcej. Często w Egipcie spotkałem się z niekompetencją i mylnymi info od urzędników.

W Asuanie nocowałem w niedrogim hotelu koptów. Mają w mieście dużą katedrę. Wypytałem  ich o transport prywatnym autem (popularny dla turysty w Egipcie) do monastyru (też Św. Szymona, ale inny niż w Kairze). Tylko godzina na zwiedzanie, podczas gdy szofer czeka — a chciałem zatrzymać się parę dni. Zaś do Abu Simble dalej, drożej i też spieszno… Popedałowałem na Wysoką Tamę. Posterunek wojskowy z ruskim tygrysem opancerzonym niewpuścił…

Próbowałem kupić wycieczkę statkiem do Luxoru. Za każdą próbą zjawiał się ten sam facet i żądał 75 U$ za noc, mimo że pośrednicy obiecywali niższą cenę. Muzeum Nubijskie w Asuanie b. ciekawe, historii więcej niż w Europie… Luxor mieści 1/3 zabytków świata! Po namyśle zrezygnowałem z etapu do Luxoru.

Wziąłem pociąg do Kiny, by stamtąd przejechać przez Pustynię Wsch. do Safadży. W Kinie odkryłem, że zgubiłem, śrubę mocującą bagażnik. Potrwało nieco czasu znaleźć warsztat, mimo że niedaleko dworca. Za dychę, człowiek znalazł odpowiednią śrubkę i fachowo ją zainstalował, obcinając nadmiar długości.

Po pustyni nie ujechałem 25 km… Podjechała furgonetka policyjna z ofertą podwózki. Policja  niezwykle troszczy się o turystów rowerowych🙂 Na półmetku trasy, dowódca obawiając się o moje bezpieczeństwo w nocy, zatrzymał autokar turystyczny, który podwiózł mnie do Safadży. Tam policja podwiozła mnie do hoteliku muzułmańskiego. Plan nocowania na pustymi diabli wzięli…

Mikrofalowana rodzinka

Lepiej było następnego dnia. Przejechawszy przez Hurgadę, z zakupami w nowoczesnym hiper-markecie na kartę kredytową (kurczak pieczony kosztowal tyle co w Kanadzie) i odpoczynkiem na trawce przy lotnisku, by liczyć starty i lądowania, cisnąłem na pedały, aż nadjeżdżające światła zaczęły oślepiać. Opcje na nocleg:  brzeg M. Czerwonego, wyglądający po ciemku na podmokły, skalisto-piaskowy krajobraz po drugiej stronie drogi, albo pod wieżą mikrofalową, której światła zbliżały się po przejechaniu koło poprzedniej wieży pół godz. wcześniej.  Wjazd z szosy na piach zaznaczały opony. Z trudem trzymałem się kolein po ciemku. Wyłoniły się budy domostwa. Naprzeciw wyszedł człowiek w turbanie. Przywitałem się, mówiąc rękoma,  że potrzebuję rozbić namiot. Człowiek poprowadził do zadaszenia z dywanem perskim na ziemi, dorzucił poduszkę i koc. Przedstawił siebie i syna, który dobił, ciekaw przybysza nocnego: Mohamed i Mahmud.

Wkrótce dołączyła młodsza od Mahmuda, Fatima. Z ciekawością obserwowali jak rozpakowałem bagaż: wyjąłem dmuchany materacyk i swoje super-lekkie koce. Zjawił się Mohamed: czy napiję się szaj. Dzieci przyniosły i z ciekawością patrzyły, tym razem, jak piję.  Poprosiłem o drugą szklankę. Podzieliłem się z nimi pomarańczą i rozeszliśmy się spać.

Ryk ciężarówek na przyległej szosie ani szum generatorów stacji mikrofalowej nieprzeszkadzały mi.  Ale czy te dzieci wyrosną zdrowo pod wieżą mikrofalową? Zwinąłem majdan na oczach małych świadków. Na pożegnanie zostawiam woreczek z cukrem (z hotelu koptyjskiego) w Asuanie, dziękuję w głównej budzie domostwa, zauważając, że jest jeszcze niemowlę z matką.

Nocleg u Allacha

Następnego dnia, z autostrady zjechałem do Al Gharib kupić żarcie. Przy wyjeździe dorwała się do mnie policja🙂 i nie puściła aż do Św. Pawła, tzn. miała mnie zawieźć do monastyru przed zmrokiem, ale kolejnym ekipom sztafetowego “przerzutu bezpieczeństwa” pokićkało się i wylądowałem przed hotelem o tej samej nazwie. Na pielgrzymce nie korzystam z luksusowych hoteli — powiedziałem, wprawiając dowódcę furgonetki w kłopot. Po godzinie dzwonienia do przełożonych, zawieźli mnie do… meczetu na terenie posterunku policji nieopodal… Zamiast u Św. Pawła, nocowałem u Allacha :)))

Rano policja podrzuciła mnie do Św. Pawła, dyżurny mnich oprowadził po monastyrze, po czym poszczęścił na drogę. Jak to, nie ma noclegów? Zamiast odpowiedzi pokazał na duże grupy pielgrzymów egipskich. Postne śniadanie było za darmo: fasola z oliwą, placek chlebowy, herbata z dowolną ilością cukru. Zaradni pielgrzymi z rodzinami wyciągali pakunki z lepszym żarciem, też postnym. Koptyjski post przed Wielkanocą trwa 43 dni.

Wyruszyłem w ponad 50 km drogę przez Zafaranę do Św. Antoniego na Pustyni Wsch. Przez 10 lat od ostatniej wizyty, rząd pobudował nowe szosy przez rejon, nawet eleganckie mosty, ale bliżej monastyru nie było przelotu pod nową autostradą — trza po egipsku wpleść się w ruch i U-zawrócić. Policji ani śladu, dopedałowalem prawie do końca, ostatnie km pieszo przez ból w nogach. Dotarłem do bram monastyru wkrótce po zachodzie słońca. Strażnik zadzwonił do Ojca Antoniego Ruwais.

Dnia następnego O. Antoni dał mi osobistą audiencję i oprowadził po monastyrze. Na koniec w pełnym słońcu przed swą celą w centralnym punkcie monastyru, poczęstował wątróbką smażoną z warzywami. A myślałem, że post przedwielkanocny już zaczął się… Przy poćwiartowanym jabłku na deser, które jego pomocnik – kilkunastolatek, wyniósł z celi, Ojciec Antoni mówi mi, że był duszpasterzem w parafii koptyjskiej Św. Marka w Vancouverze. tej samej, w której byłem parę razy przed wyjazdem do Egiptu! Zaprosiłem go na rewanż wątróbkowy w moim domu, gdyby był znów w moich stronach.

Kobiety w „workach“

W Egipcie nie raz obok pojeba-muślima była (na jego szczęście) mądra muzułmanka — w worku, ale mądrzejsza i pogadać się dało, i pośmiać.

Na przedmieściu Suezu zatrzymałem się przy wozie z pomarańczami i pomidorami. Po kilku godz. pedałowania w upale byłem głodny i spragniony. Wsuwałem więc zakupy równo, bez nożyka, bo mi zginął. Nadchodzą 3 muzułmanki w workach (wtedy jeszcze mnie przerażały). Jest z nimi dziewczynka (bez wora), patrzy na mnie i wpada w panikę — dziad z rowerem, biała broda, włosy i wąsy. Przewróciła się z tego osiołkowi na kupę odpadów zielonych, płosząc zwierzę w trakcie żarcia.

Właściciel wozu, smętny muślim, był gotów zacząć dżihad na mnie. Jego żona, obsługa “stoiska” na kołach, wybuchła śmiechem. Pozostałe muzułmanki nieco potem były przyjazne, chciały mi pomóc w zdejmowaniu skóry z kolejnych pomarańczy. Gestem zaproponowały pójść do domu po nóż. “Odpowiedziałem” pokazując na własne zęby. Potaknęły z uznaniem. Podobnie z myciem pomidorów: zamiast iść do kranu za jedną z nich, pokazałem otarcie o ubranie. Znów uznanie…

Dziecko nawet zaczęło wyzierać spod worka matki. Wtedy kwaśy muślim wskazał na mój rower oparty o wóz, dając znać, że odjeżdża. Ciekawe spotkanie, nagle przerwane.

W hotelu, chodzę wzburzony. Właśnie dowiedziałem się od kopta Murata, że Arabowie obrzezują chłopców bez wzgl. na wiarę (koptowie też), a muzułmanie – dziewczynki!!! W pustej siłowni pytam wzburzony oświeconą muzułmankę (poznać je po estetycznym ubiorze, bez wora, ładna chusta do koloru na głowie): Okaleczyłaby pani tak swą córkę? NIGDY!!! Pytam Rosjankę zamężną z muzułmaninem, hostessę w jadalni hotelu… NIGDY!!! A synka? Tak przyjęte…

Miau miau…

…i na kolana wchodzi mi kotek – pluszowy.

Nie ma miejsc do siedzenia, tylko ławki przy stolikach kafejki przed poczekalnią na dworcu lotniczym Kair. Obok usadowiła się Egipcjanka w chuście, gustownie dobranej do koloru sukni. Leci do Arizony, gdzie mieszka od kilku lat, pracuje jako farmaceutka. Ma rozbrajającą 3-letnią Fatimę; to jej kotek „wszedł“ mi na kolana.

Przepraszam, Fatima nie potrafi jeszcze mówić, przedszkolanki zalecają specjalne ćwiczenia mowy.

Nie ma sprawy, mojego syna orzekli tępakiem w pisaniu i matematyce, a dziś celuje na obu polach.

U Fatimy zauważyłem niezwykłą inteligencję, zdolność współczucia, brak lęku przed obcymi i łatwość udzielania się towarzysko, tak z dziećmi jak i z dorosłymi. Fatima obeszła z kotkiem kilka rzędów w poczekalni… Takich cech najlepsze przedszkolanki nie nauczą, to się dziedziczy…

Podczas lotu do Londynu kojarzę: mieszka w USA, nie rozumie systemu – czy aby jej nie szczepią córki!? W busie transferowym w Heathrow stoję przy nich. Czy szczepi pani Fatimę? Nie przepuściła ani jednego z obowiązkowych scypień od urodzenia dziecka. Ogarnia mnie przerażenie. Jak w kilku minutach jazdy wyjaśnić farmaceutce amerykańskiej! 2-minutowy wykład, przy akompaniamencie miau miau. Współpasażerowie słuchają z dezaprobatą.

Szczepionki chronią przed wirusami – mówi matka na koniec mini-wykładu. Proszę nie brać mych słów na wiarę, samej sprawdzić na necie – dodaję, drzwi autobusu otwierają się. Boże, miej Fatimę w opiece!!!

Przynajmniej nie okaleczyła płciowo córeczki — dlatego jest normalna?

Saudyjskie „wnuczki“ Reem, Szeteeh, Majat, Lamat i Roby

Po raz pierwszy zoczyłem trzy z nich; siedziały czarno-okie i –włose ślicznotki w fotelach przy recepcji hotelu. Wyglądały jak żabcie, w jednakowych czarnych okularach rogowych. Pomyślałem: córki bogatych Egipcjan. Nazajurz na plaży zdziwiły mnie; opalały się w bikini, nietypowo dla muzułmanek. Może koptyjki? Po chwili podeszły do mnie: Dziadzku, można z tobą zrobić selfie? Od tej chwili były moimi „wnuczkami“.

Zanim wstałem z leżaka, wdziałem koszulę, żeby nie przestraszyć kąpiącej się w czarnym worku ze szparą na oczy, zakrytą goglami🙂 Przedtem robiła sobie selfie w płytkiej wodzie. Pokaże to zdjęcie w “bikini”mężowi?🙂🙂🙂

Po lunchu widzę moje „wnuczki“ siedzą pod parasolem przy basenie, jedna pali sziszę tj. fajkę wodną. Była z nimi młodsza (ok. 12 lat) i starsza (ok. 25 lat), wszystkie w okularach. W Egipcie nie widziałem kobiet w palarniach, czy to normalne? My z Arabii Saudyjskiej, przywiozłam siostry na odpoczynek. u nas więcej kobiet pali sziszę — wyjaśnia najstarsza.

Żartuję, że przyjechały z pustyni na pustynię. Unoszą się, najmłodsza pokazuje na komórce zdjęcie ich domu w Dżudda (3 mln mieszkańców) — jak w Grecji, tylko że palmy przy ulicy. Na google-map-widok-z-ulicy pokazuję, gdzie mieszkam. Co Dziadku robisz w Kanadzie? Zamiast odpowiedzi, wyszukujemy RRRailways na komórce – Tak zielono! Och i ach…

Na pożegnanie, napisały mi na kartce swe imiona: reem, sheteeh, mayat, lamat, roby – wszystkie z małej litery! Na zakompleksione raczej nie wyglądały. Skromność, czy mała litera także w arabskim?

Chińczyk Michael

Do Dahab dojechałem rowerem z hotelu w Szarm el Szejk (ok. 100 km), by wrócić autobusem po południu. Ubrany skromnie (dżinsy, flanelowa koszula, sandały), stał na stopniach dworca autobusowego z bagażem i małym ajpadem w ręku. Are you Japanese? — zapytałem. No, Chinese, my name is Michael. Co tu robi? Nurkował w Błękitnej Dziurze, jednym z najciekawszych miejsc do nurkowania na świecie. Zatrzymał się w tanim hotelu, przeludnione miejsca go nie interesują. Dahab to dziura, wciśnięta między morze a gołe góry Synaju, choć z potencjałem rozbudowy na miejscowość turystyczną klasy Szarm el Szejk.

Michael kończył 5-mies. podróż po Europie, Palestynie, Jordanii i Egipcie. W Karlsruhe ma córkę na uniwesytecie, studiuje nauki techniczne i ekonomię. Jest tam z matką. Jakie wrażenia z Niemiec? Jedna trzecia ciapatych…

Ahmed

Pracuje w hotelu jako ratownik; zmienia flagi zależnie od wiatru, daje przejażdżki łodzią dzieciom i staruszkom, pilnuje pływających w małym oznaczonym akwenie hotelu, a jak go poprosić, pożycza swą maskę i płetwy do nurkowania przy molo. Są tam takież rybki co przy wyspie 15 km dalej… tylko że za darmo. Wycieczka statkiem na snorkeling przy wyspie kosztuje 45 C$ — 3 zanurzenia i lunch. Leżałem na krawędzi mola, wpatrując się w głębię

Innego dnia, upomniał z daleka, gdy wszedłem do wody i chciałem przejść po płyciźnie do molo: Nie wolno! Niszczysz rafy!

Zaciekawił mnie Ahmed swą służbą w elitarnych spec-siłach Egiptu. Zna b. dobrze angielski. Jestem w formacji 777, wzywają nas, gdy ojczyzna potrzebuje. Ćwiczy w siłowni regularnie, chodzi na szkolenia. Wskazując na długaśne płetwy leżące przy jego stanowisku powiedział, jak głęboko nurkuje bez aparatu. Płacą im 200 LE (ok. 35 C$) żołdu/mies.! Formacja 999 służy zaś full time.

Morze jego drugą naturą. Żegluje, nurkuje, pływa w nim od małego. Pytam o godzinę, patrząc na jego zegarek dla nurków. On patrzy nie na zegarek, tylko na Słońce: 16:10. Na zegarku 16:09. Powtarzam eksperyment innego dnia o innej porze, też po kilkunastu minutach rozmowy bez patrzenia na zegarek. Znów do paru-kilku minut dokładności!

Ma dość ciemną skórę i wspaniałą budowę. Zawsze w jego towarzystwie na małym molo hotelowym była aktualna hotelowa miss: przez 5 dni krasawica-ukraińska, Lena… przez 3 dni kształtna Kanadyjka z Montrealu (studiuje English communications czyli nic, bo nie lubi matmy, fizyki, chemii… gojowski żer dla hasbary). Jej ojciec połamany starością mieszka z żoną Libanką w Egipcie, która ma kontrakt Jewnited Nations w otwartym cywilizowaniu Egipcjan.

Mą uwagę przykuł Wodnik – wibracje odbieralne tylko przez Bliźniaka, gustowny ubiór niesmotrja na okazju, miłość… do wody🙂 Rozumnie, bez płacenia zdzierczej ceny za wycieczkę do tejże wody, z tymi samymi rybkami co przy naszym molo, kładła się na jego skraju i  patrzyła w podwodny świat przez gogle. Podłapałem to od niej, jak to Bliźniak🙂

Czy ja muszę mieć aż 70 lat?! Typem Ahmeda na moje szczęście nie była. Przyjechała na krótki urlop z koleżanką – obie programistki w USraelskiej firmie gier kumputerowych w Kijowie. Koleżanka, imienia oczywiście nie pamiętam🙂 miała fryzurę punka: przytlenioną tu, obciachaną do skóry z drugiej strony… Ale nie zmartwiłem się, Wodniki są niekonwencjonalne, zachowując normalkę płciową🙂🙂🙂

Poloniki

Pierwszy niewypalił. Jednego z głównych celów pielgrzymki, spotkania z polskim rzeźbiarzem, który ozdobił w drewnie i skale Monastyr Św. Szymona Garbarza na Wzgórzach Mokatam w Kairze, nie było. Muślimy tak zmylili mi drogę, że po połowie nocy i połowie dnia, zrezygnowałem z poszukiwań i odwiedzin w monastyrze.

Drugi polonik kilka dni później w Asuanie. Przechadzam się uliczką handlową, zatrzymuję na falafela. Pałaszuję parę, herbatek też. Niezłe… cena też. Jakby za mało zdarł,  prowadzi na drugą stronę ulicy, sklep z pamiątkami, też jego. Namawia do kupna: Może pudełko dla żony? Wygląda mi na robione w Polsce, z drewna. Chyba tak… po chwili mówi, że zna Polaka, przyjeżdża tu od czasu do czasu, teraz jest w podróży w Anglii.. Podoba mu się w Asuanie, myślę śmiejąc się do siebie.

Trzeci polonik w hotelu w Szarm el Szejk. Szefowa kuchni restauracji włoskiej, lowialna Anna, tajemniczo oznajmia z szelmowskim uśmiechem: Mam dla Pana niespodziankę, proszę poczekać. Myślę: lody casatte na deser? Skwarki w makaronie? Nowe kształtki makaronowe? Po jakimś czasie wychodzi z kuchni kobieta, niesie moje zamówienie. Stawiając przystawkę, pozdrawia po polsku z uśmiechem: Nazywam się Anna. Witam Pana w Egipcie! Mieszka tu od lat, wyjechała z Polski do pracy z Italii, gdzie kuchciła w restauracji. Tu jest także cukierniczką w kuchni głównej hotelu. Skojarzyłem pyszne serniczki w dni, gdy Anna miała wychodne z kuchni włoskiej🙂

Czwarty polonik; polski sklep, zoczony w konurbacji Szarm el Szejk. Niewchodziłem, szukając odpadłego na wybojach magnesu do światła przedniego…

Irina, Julia i Natasza

Sławianskije krasawice — podłechtywałem młódki z Ukrainy i Białorusi robiące na kontrakcie w hotelu. Zajmują się animation dla gości (joga i rozciąganie się na trawniku, gry stołowe wieczorem…). Activities – poprawiam, animation w Ameryce Płn. znaczy animacja filmowa. W komunizmie byłabyś komisarz sportowo-kulturalną :)

Teraz sprawdzam na pl.Wiki: Animacja czasu wolnego – dział współczesnej turystyki oraz hotelarstwa, zajmujący się organizacją czasu wolnego ludzi, przebywających w ośrodkach wczasowych i turystycznych. A na en.Wiki cisza…zwykle jest odwrotnie.

Drażniłem je: Co masz w tym folderze?🙂 Dzierżysz go na widoku, jakbyś była biurokratką🙂 Nie chciały ujawnić. W końcu Natasza, która mnie najbardziej lubiła (och jak ładnie wymawiała Piot-er), otwarła folder: bochomazy!

Wieczór gier stołowych, tzn. jednej gry – domino. Szachy ktoś zaiwanił do pokoju. Putin gościem? buhaha Bein ograł krasawice w zespołach z gośćmi hotelowymi🙂 Zasłaniały żetony, a ja widziałem odbicie w szybie🙂 Podchodzi worek – oni tysz chcą zagrać w domino, przy swoim stoliku rzecz jasna. Koniec zabawy z krasawicami, w hotelu ***** jest tylko jeden zestaw domino :(((

Myślałeś, że krasawice? Trzeba je zoczyć wypizdrzone na disco-podrygi u muślimów: jeszcze krótsze i bardziej obcisłe szorty, głębsze dekolty, makijaż (po ciula u takich młodych!)…

Później sugerowałem w recepcji (apjać i apjać prosili o krytkę i sugestie): może jakaś animacja integracyjna, np. wybory Miss Hotelu (wyobraziłem se worowatą przy krasawicy w kusych szortach🙂 ), Mr Hotelu (Bein w obciskach, z rowerem🙂🙂🙂 obok członka🙂 Bractwa Muzułmańskiego w sukience🙂 ), podchody, szukanki dla dzieci… Rozpatrzą, przekażą kierownictwu.

Najwyżej w kierownictwie spotkałem Hindusa – dyrektor od zadowolenia klientów🙂 i Egipcjanina – dyrektor od zapobiegania stratom (de facto szef bezpieczeństwa hotelu)😦

Hindus dostał robotę od kumpla w branży, gdy ten objął dyrektorstwo w Szarm el Szejk. Egipcjanin wyglądał mi na absolwenta szkoły dla służb. Obaj b. inteligentni, nienaganny angielski… to i goście zadowoleni, ogólne poczucie bezpieczeństwa.

Podwładna Hindusa, młodziutka Ukrainka Lada „załatwiła“ mi lunch na 100-km przejażdkę rowerem przez pustynię: kartonik soczku, ćwierć litra wody, jabłko, banan, pomarańcz, słownie jeden falafel, sałatka pomidorowo-ogórkowa i kawałek ciasta dla ptaszka na pustyni. Torba papierowa puściła, gdy po drodze sałatka się zesikała. Przy odbiorze z recepcji wyglądała okazale, nie zaglądałem do dna, no bo Ukrainki wiedzą, jak żywić🙂

Potem drażniłem Ladę: Nie spać w robocie! przyłapawszy ją na drzemce za biurkiem w holu głównym🙂 Najpierw obraziła się, ale nierezygnowałem… Zaczęła się śmiać po paru dniach.

Podwładny Egipcjanina, za-ca kierownika od bezpieczeństwa, Sameh pilnował stróży i maszyn do prześwietlania przy obu wejściach do hotelu. Za każdym razem wchodząc i wychodząc zagadałem do niego, żartując. To jego ludzie niewpuścili mnie przez główną bramę, gdy spadłem rowerzysta z nikąd, niewyglądający na posiadacza karty kredytowej. Na całym obwodzie posesji hotelu czuwali stróże w takichże mundurach, 24 godz./dobę. Kiedyś przy wczesnorannym spacerze na plażę słyszałem chrapanie stróża🙂 Obyś nigdy nie musiał przebudzić się do strzałów, modliłem się…

Gdy odjeżdżałem, Sameh miał łzy w oczach… ja też i nie tylko my… zwłaszcza ci, co przedtem nalegali szczerze: Mr. Butros, prosimy przyjechać ponownie, przywieźć dużo Polaków z Kanady.

Kopt Murat

Murat ma żonę i 2 dzieci, mieszka na stałe w Luxorze. Od lat pracuje w Szarm el Szejk (obecnie w sklepie przyhotelowym z galanterią, gdzie wynajmuje mieszkanie. Rodzina przyjeżdża od czasu do czasu. Opowiedział o zamachu terrorystycznym w mieście w 2005 r. Był w mieszkaniu, miał jechać autobusem do środmieścia, nagle domem wstrząsa eksplozja. Myślał, że to butla z gazem na balkonie sąsiada. Idzie na górę, sąsiad też przestraszony, pyta co się stało… Świadkowie w śródmieściu widzieli, jak wybuch  uniósł dwa autobusy wysoko w powietrze. Zginęło kilkadziesiąt osób, pareset zostało rannych. Murat mógł być jedną z nich…

Dzieci Murata wyglądają zdrowe, ale synek bardzo chorował po scypieniach. Wykonałem wszystkie obowiązkowe szczepienia, mówi Murat z dumą. Jak mu zacząć tłumaczyć, że skrzywdził swe dzieci?

Matka Murata chorowała przez kilka mies. przed śmiercią.Ciągali ją po lekarzach i szpitalach, a i tak zmarła, tyle tylko, że wydali sporą mamnonę na ż-medycynę, żadne tradycyjne egipskie czy arabskie metody leczenia. Globalizm zapanował.

Podobnie ignorancki był do spotkania ze mną nt. judeocentryzmu i NWO. Kto wygra wybory w USA: Clinton czy Trump? — zapytał mnie na początku. Jeden czort …i zacząłem cykl “wykładów”. Z początku pouczał mnie, że niedobrze być antysemitą, że zło nie jest etniczne. Przytaczał cytaty z Biblii, nic z tego nie rozumiałem, mimo że władał dostatecznie angielskim. Następnego dnia on dał wykład, że  Biali za dużo piją. Piwo do pizzy czy kolacji od czasu do czasu też za dużo? Wyszukał kilka cytatów w Biblii na poparcie swej “nauki”. Wszystkie odnosiły się do pijaństwa i nadużywania alkoholu. Wydaje się, że ludzie w tamtych stronach świata są prani poniżeniami i klamstwami o naszej cywilizacji. Ciekawe przez kogo :))

Od tego momentu jakby zaczął bardziej słuchać, co mu mówiłem na różne tematy.

Dawid Ozdoba w Egipcie

Wstępniak do serii o Egipcie mówi, że podróże kształcą. Niewiele nauczył się w Egipcie polski produkt antykultury, striptizer Dawid Ozdoba. Po strzelaninie niewiadomej natury w hotelu, w którym przebywał w Hurgadzie, zignorował nakaz władz, nie chciał kooperować w trudnej sytuacji i nadawał do pesjbóka o zamachu terrorystycznym, choć nie miał na to szczypty dowodu. Naraził się tym na dalsze nieprzyjemności, włącznie z ciąganiem po syfowych ciupach egipskich.

Z nieobiektywnymi dziurami w swej wersji, przy nieznajomości kultury egipskiej i podgrzewany hejtem do “Arabów” (Egipcjanie nie są Arabami, co najmniej 10 % nie jest muzułmanami, a ci ostatni to nie tylko islamiści), zwołał Polaków na plemienne wsparcie moralne. Nie dość, że podobnie jak miglance wobec Białych w jewropie, zachował się w Egipcie nieprzyjaźnie i butnie, zbierając potem na JewTube pochwały od zachwyconego polactfa (i trolli z Tel Awiwu?), to jeszcze narobił złej famy turystyce hotelowej u egipskich “Arabów” — tj. dokładnie tego, czemu próbowały zapobiec władze egipskie!

Konsekwencje złej famy widziałem tam co dzień: desperacja sprzedawców, by złapać turystę do kupna, większość hoteli od Hurgady po Synaj zamknięta na kłódkę,  lądowania i starty samolotów z lotnisk Hurgada i Szarm jak na lekarstwo. Spory hotel po drodze do Szarm el Szejk, ze słownie jednym gościem (ja)… przyjazny inteligentny menadżer z trwogą o przyszłość pokazał mi artykuł w gazecie: pracownicy hotelowi w Szarm strajkują, niedostawszy zapłaty. Wg niego, los 5 do 10 mln Egipcjan zależy od turystyki. Zapraszał zatrzymać się w drodze powrotnej, zrobią bezpłatnie wszystko, żeby zapakować rower w pudło wg wymagań linii lotniczych, odstawią na przystanek autobusu do Kairu lub załatwią prywatny transport prosto na lotnisko. Szczęka mi na podłogę opadła.

 

 

5 Comments

  1. […] Niewolnik to taki, co myśli że jest wolny i kocha narzucone przez okupanta… Fragment z Piotr Bein: II podróż po Egipcie Inwazja arabska Muślimy często nalegały: Mów po arabsku, tu nie Anglia. Jeżdżę po całym […]

    Pingback by W wymarłym, zupełnie obcym Słowianom języku… | Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina — 16/05/2016 @ 08:10

  2. […] przez żydlactfo podobnie jak Polacy, wspaniały naród naszych słowiańskich braci i sióstr! W II podróży po Egipcie spotkałem licznych Ukraińców na kanikułach i kontraktach. Zapewniałem ich, że normalny, […]

    Pingback by Piotr Bein: Jacy są Ukraińcy | Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina — 20/05/2016 @ 03:08

  3. […] Urlop w Egipcie luty-marzec 2016. […]

    Pingback by Kolejka ogrodowa [uaktualnienia] | Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina — 23/07/2016 @ 10:43

  4. […] Urlop w Egipcie luty-marzec 2016. […]

    Pingback by Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina — 30/10/2016 @ 17:29


RSS feed for comments on this post. TrackBack URI

Blog at WordPress.com.

%d bloggers like this: