Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina

16/01/2013

RAPORT PŁACOWY 2013

Filed under: Uncategorized — grypa666 @ 04:24

Raport płacowy 2013

Anonim

 

Początek roku to czas nadziei i planowania przyszłości, ale także czas refleksji nad stanem obecnym i przeszłością. Niewiele jest spraw, które tak mocno dotykają życia, jak warunki pracy, zwłaszcza poziom wynagrodzenia. Człowiek, będąc istotą biologiczną i społeczną, posiada szereg niezbywalnych potrzeb. Najbardziej istotne z punktu widzenia trwania życia jest zapewnienie pożywienia, wody, schronienia przed deszczem i chłodem, utrzymania zdrowia oraz możliwość posiadania i utrzymania potomstwa. Rozwój społeczny i ekonomiczny nie jest możliwy, gdy nie jest zaspokojona choćby w minimalnym stopniu ta grupa potrzeb, które możemy sformułować jako prawo do życia. Potrzeby społeczne, ale także wszelkiego rodzaju prawa, w tym np. wolność, mają sens i szansę realizacji tylko wtedy, gdy zapewnione jest prawo i warunki do istnienia. Współczesne systemy gospodarcze umożliwiają zapewnienie potrzeb przez pozyskanie środków pieniężnych. Stąd sprawą fundamentalnej wagi staje się pewność pracy zarobkowej oraz właściwe wynagrodzenie. Wszelkie zaburzenia w tej materii powodują zakłócenia w zaspokojeniu potrzeb biologicznych i psychologicznych. Odbijają się również negatywnie na życiu społecznym, w tym na realizacji skodyfikowanych praw człowieka i obywatela.

 

Zacznijmy jednak od początku.

 

Główny Urząd Statystyczny opublikował w ubiegłym roku szereg cennych publikacji na temat warunków zatrudnienia. Najnowsze dostępne dane, które umożliwiają analizę przekrojową, obejmują rok 2010.  Według Rocznika statystycznego 2012, przeciętne wynagrodznenie brutto, a więc wraz z składkami na ZUS, w gospodarce narodowej ukształtowało się na poziomie 3224 zł. Godzi się jednak zasygnalizować, że w przekroju sektorów własności występują duże różnic. W sektorze publicznym, który obejmuje firmy państwowe, samorządowe oraz sferę budżetową, przeciętne wynagrodzenie było dużo wyższe i wyniosło 4346 zł, podczas gdy w firmach prywatnych kapitału polskiego, średnia pensja była niższa aż o 1850 zł i wyniosła niespełna 2,5 tys. zł.  Przy czym należy zaznaczyć, że owa średnia nie obejmuje mikroprzedsiębiorstw osób fizycznych, tj. podmiotów o zatrudnieniu do 9 pracowników. W tych ostatnich bowiem przeciętne pracownicze wynagrodzenie w tymże roku wyniosło 1592 zł. I takie nędzne wynagrodzenie otrzymywał w drobnych firmach ok. jeden milion pracowników. Praktycznie całość pracowników drobnych firm należy do grupy tzw. biednych pracujących, tzn. osób, których dochody z pracy są mniejsze, niż 60% wynagrodzenia przeciętnego w gospodarce.  Dynamika czyli wzrost przeciętnych wynagrodzeń również nie jest imponujący. W firmach z udziałem kapitału zagranicznego w ciągu całej dekady płace wzrosły realnie zaledwie o 20%. O ile w roku 2000 pensje w tej grupie firm były wyższe, niż w firmach państwowych i krajowych prywatnych, o tyle po 10 latach, średnia pensja w sektorze publicznym przewyża już pensję firm kapitału zagranicznego. W lewicowej myśli ekonomicznej sektor publiczny zawsze winien był wyznaczać wysokie standardy zatrudnienia. Można by się więc cieszyć, gdyby nie inny fakt, że w tym samym czasie, coraz większe grupy pracowników sektorze prywatnym były spychane w dół drabiny płacowej. Nie następuje więc oczekiwane współzawodnictwo o płace sektora prywatnego z publicznym.

 

Branża branży nierówna…

 

Dużym negatywnym zaskoczeniem jest fakt, że pensje w przetwórstwie przemysłowym są niższe, niż średnia krajowa. Negatywnie wyróżniały się branże produkcji pamiątek turystycznych, produkcji odzieży (1654 zł), skór i wyrobów skórzanych (1878 zł). Przypominam, że cały czas kwoty te dotyczą MSP i dużych firm. Na tle ogólnej mizerii pozytywnie wyróżniły się trzy branże: produkcja wyrobów tytoniowych, produkcja koksu i przetwórstwo ropy naftowej oraz przemysł farmaceutyczny. Średnie pensje w tej grupie przekraczały grubo 5 tys. zł. Szkoda tylko, że te branże skoncentrowane są w kilku miastach i zatrudniają tak niewielu pracowników.

 

Różne zawody, różne pensje….

 

Jak się można spodziewać, najwyżej opłacani byli przedstawiciele władz państwowych i samorządowych oraz menadżerowie z przeciętnym „wynagrodzeniem” w wysokości 7344 zł, przy czym ponad połowa menadżerów  otrzymywała wynagrodzenia znacznie powyżej dwukrotnej średniej krajowej. Następni na drabinie byli specjaliści (z wyższym wykształceniem) z zarobkami rzędu 4327.  Powyżej średniej zarabiali jeszcze technicy (czego nie należy utożsamiać z posiadaniem średniego wykształcenia)  – 3653 zł. Dalej już tyko ci poniżej średniej krajowej, a więc kierowcy (2831), robotnicy i rzemieślnicy (2772), budowlańcy (2570), pracownicy usług i sprzedawcy (2107), pracownicy przy pracach prostych (2074). Zwraca uwagę fakt, że trzy podstawe branże:  handel, usługi i budownictwo są jednocześnie tymi o najniższych płacach.

 

Gdy jesteś kobietą masz pod „górkę”…

 

Pomimo że kobiety są lepiej wykszałcone niż mężczyźni, to zarabiają mniej. Przeciętna pensja kobiety jest niższa o 18% (570 zł) od pensji mężczyzny.  Nie ma praktycznie żadnej dysproporcji w handlu i przy pracach prostych. Lecz im większa wiedza, lepsze wykształcenie i większa odpowiedzialność., tym niższe pensje kobiet. Na szczeblu kierowniczym dysproporcje są największe. Gdy dyrektorka lub menadżerka zarabiała 6 tys. zł, to menadżer – już 8,4 tys. zł.

 

Lepsze wykształcenie, lepsza płaca? Nie zawsze…

 

Osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, a do nich należą np. mechanicy i spawacze zarabiały praktycznie tyle samo, co pracownicy z niepełnym wykształceniem podstawowym. Różnica między  tymi dwoma grupami jest rzędu 150 zł brutto. Wśród osób z średnim wykształceniem najlepiej zarabiali ci po szkołach policealnych, np. informatycy czy geodeci. Zdobycie tego wykształcenia skutkuje pracą za stawki wyższe o ok. 400 zł na rękę. Teoretycznie w najlepszej sytuacji są osoby z wyższym wykształceniem. Już zdobycie tytułu inżyniera czy licencjata powoduje wzrost wynagrodzenia w stosunku do osób z średnim wykształceniem o 1300 zł, czyli prawie o połowę. Przeciętne zarobki tej grupy przekraczają 4 tys. zł brutto, przy czym w sektorze prywatnym sięgają 6 tys. zł. Problemy są dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, sektor prywatny nie jest zainteresowany zatrudnianiem specjalistów i techników, którzy stanowili w nim tylko kilkanaście procent ogółu zatrudnionych, w odróżnieniu od sektora publicznego (ponad połowa zatrudnionych). Tak więc osoba z wyższym może znaleźć zatrudnienie głównie w sektorze publicznym, choć za mniejszą pensję. Tu jednak zarobi ok 700 zł więcej niż osoba ze średnim wykształceniem. Po drugie, w sektorze prywatnym, osoby z wyższym wykształceniem dzielą się na dwie grupy – tych, którzy pracują w swoim zawodzie lub na stanowisku kierowniczym. Wtedy zarabiają dużo, nawet bardzo dużo, często powyżej 10 tys. zł miesięcznie. Oraz osoby z wykształceniem wyższym pracujące na stanowiskach podrzędnych (np. w handlu), poniżej kwalifikacji. Wtedy zarabiają one tyle samo, co osoby z wykształceniem zawodowym lub podstawowym.  Czy więc lepsze wykształcenie oznacza wyższe płace?  Tak, ale tylko w sektorze publicznym. W sektorze prywatnym poziom wynagrodzenia zależy wyłącznie od zajmowanego stanowiska, a nie kwalifikacji zawodowych.

 

Zróżnicować płace,czyli niech biedni biednieją jeszcze bardziej….

 

W 1990 roku zniesiono system wyznaczania wynagradzeń w oparciu o tzw. siatkę płac, grupy zaszeregowania. Zniesiono również górne granice wynagrodzeń. Zgodnie z nową doktryną ten zabieg miał sprzyjać wynagradzaniu za pracę efektywną, podnoszeniu kwalifikacji zawodowych i budowaniu nowej klasy średniej. Jakoś się jednak tak stało, że klasa średnia praktycznie się nie wykształciła, za to powstały dwie grupy – jedna , wąska grupa bogaczy i druga – bardzo szeroka grupa ubogich pracujących. Przez wszystkie lata budowy i utrwalania kapitalizmu z każdym następnym rokiem następowało spychanie kolejnych grup pracowników w doły płacowe.

Spróbujmy przeanalizować zmiany struktury wynagrodzeń w okresie 1988 – 2010. Rok 1988 jako podstawa porównawcza został wybrany celowo – był on bowiem ostatnim pełnym rokiem byłego ustroju, przed wszystkimi zmianami cenowo-płacowymi.

 

W analizowanym przedziale czasu wynagrodzenie przeciętne netto wzrosło realnie tylko o 36%. Jest to  bardzo niewiele, jak na przeszło 20 lat prężnego rozwoju jedynie słusznego nowego ustroju.

Przy czym w pensji z PRLu nie uwzględniono rocznej wypłaty z podziału zysku wysokości 28,2 tys. zł na jednego zatrudnionego (około połowy średniej płacy). Nie uwzlgędniono także przypadających dla pracowników różnych funduszy, które w nowym ustroju zostały poważnie zredukowane, a w mniejszych firmach zlikwidowane całkowicie.

 

To, co najistotniejsze, to fakt, że grupa tzw. biednych pracujących, tj. tych, którzy zarabiają poniżej 60% średniej krajowej (kryterium Eurostatu), zwiększyła się trzykrotnie. W 1988 roku w gospodarce uspołecznionej takich osób było 10,5% ogółu zatrudnionych. W roku 1999 w gospodarce narodowej (bez mikrofirm) już 20,4%, a w 2010 – 28,4%, a wraz z mikroprzedsiębiorstwami – 36%.  Tak więc Produkt Krajowy Brutto rośnie, a coraz więcej pracowników staje się biedakami.  Co istotne, nie zmieniła się grupa osób zarabiających powyżej 120% średniej krajowej. Przez cały ten okres wynosiła ona ok. 23%. Zmalała natomiast grupa osób zarabiających w pobliżu wynagrodzenia przeciętnego (przedział 80%-120%). W tym przedziale w 1988 roku zarabiało 45,9% zatrudnionych, w roku 2002 – 28%, a w 2010 – 16,5%. Widać więc, że rośnie rozwarstwienie, ale nie dlatego, że przybywa osób z górnych przedziałów zarobków i szybko rosną pensje najlepiej uposażonych, ale dlatego, że coraz więcej osób zarabia niższe stawki.

 

Obrazu dopełnia informacja, że w branży budowlanej w roku 2010 grupa biednych zarabiających stanowiła 38% zatrudnionych, w handlu – 45%, a w usługach – prawie 66%. Wszystko to są informacje dotyczące MSP i dużych firm. Są takie branże, w których 94% ogołu zatrudnionych znalazło się w grupie względnego ubóstwa.

 

Trzeba też powiedzieć, że zmieniła się realna siła nabywcza płac ubogich i to bynajmniej nie w kierunku wzrostu. Muszę tu wszakże poczynić jedno zastrzeżenie. Wskaźnik cen i usług konsumpcyjnych wyliczany jest dla gospodarstw domowych o dochodach łącznych powyżej 4 tys. zł netto. Zupełnie inaczej przedstawia się natomiast ten indeks cen w gospodarstwach o dochodach czterokrotnie niższych. Inna jest bowiem struktura nabywanych przez te gosodarstwa koszyka dóbr i usług. Ceny użytkowania mieszkania i nośników energii  zwiększyły się w badanym okresie 640 razy, podczas gdy towary żywnościowe i nieżywnościowe – nieco ponad 200 razy (indeks GUS ogólny to 320). Można więc zbudować indeks cen i usług dla dolnego przedziału dochodów uwzględniając zmiany struktury koszyka i cen. Okazuje się, że ceny na poziomie gospodarstw ubogich rosły o 53% szybciej, niż wykazuje to ogólny indeks cen i usług konsumpcyjnych.  Można więc zapytać, co się stało z realną siłą nabywcczą płac tych poniżej 60% średniej krajowej, w tym z płacą minimalną? Odpowiedź nie jest jednoznacza.

 

Siła nabywcza wynagrodzenia na poziomie 60% średniej płacy obniżyła się o ok. 10% względem końcówki PRLu, natomiast w przypadku pensji minimalnej zmiany były bardziej zróżnicowane. Peerelowska płaca minimalna służyła do budowy tablic wynagrodzeń. Na jej podstawie zatrudniano tylko osoby rozpoczynające pracę na okresie próbnym lub w sektorze tzw. nieuspołecznionym. Po tym czasie pracownik wchodził w 1 (lub wyższą) grupę zaszeregowania płacowego w zależności od stażu pracy, od wieku, wykształcenia itd. Na przykład w 1982 roku wynagrodzenie minimalne wynosiło 3,3 tys. zł (30% średniej krajowej). Podczas gdy I grupa zaszeregowania otrzymywała wynagrodzenie 4800 zł. Do pierwszych trzech grup zaszeregowania zaliczano szatniarzy, woźnych, gońców i sprzątaczki oraz stażystów. Już trzecia grupa zaszeregowania wychodziła poza próg 50% średniej krajowej. Tak więc w roku 2013 pracownik najemny z wyższym wykształceniem, jeśli ma to szczęście pracować na umowę kodeksową, otrzyma minimalne wynagrodzenie, które jest raptem realnie o 10% wyższe od wynagrodzenia z III grupy zaszeregowania przeznaczonego dla osoby bez żadnego wykształcenia. Pensja minimalna względem PRLu wyraźnie wzrosła, ale już nie w stosunku do roku 1992, w którym osiągnęliśmy gospodarcze dno, ale i dokonano korekty płacy minimalnej. I tak siła nabywcza wynagrodzenia minimalnego z października 1992 była niemal dokładnie taka sama, jak płacy minimalnej z 2012 roku. Przy czym musimy pamiętać o stosowaniu przy porównaniach właściwego indeksu cen. Ogólny wskaźnik cen (CPI) się do tego celu nie nadaje, bo – jak było już mówione – posiada nieadekwatny do tego poziomu dochodów  system wag, w efekcie czego udział kosztów utrzymania  mieszkania jest głęboko niedoszacowany.

 

Pracownik na rencie….

 

Nie każdy ma to szczęście pracować i żyć w zdrowiu do emerytury. Niektórzy ulegają wypadkom, niektórzy nabawiają się chronicznych chorób, inni rodzą się niepełnosprawni. Narodowy spis powszechny z 2011 roku ujawnił, że osób niepełnosprawnych było 4,7 mln, przy czym tylko 3,1 mln posiadało stosowne orzeczenia. Przeprowadzona reforma rentowa doprowadziła do szeregu negatywnych zjawisk. Po pierwsze, pojawiła się drastycznie wysoka liczba osób, którym odebrano orzeczenie o niepełnosprawności, pomimo choroby udokumentowanej dokumentcją medyczną. Zmieniły się bowiem zusowskie kryteria. Wcześniej orzeczenia wydawano w III grupach. Pierwsze dwie przyznawano osobom niezdolnym do pracy a trzecią z ograniczeniem zdolności do świadczenia pracy, np. chorym na cukrzycę czy padaczkę. Wszyscy oni otrzymywali świadczenia pieniężne. Obecnie zaś ZUS wydaje orzeczenia „nie jest niezdolny do pracy” lub „jest niezdolny do pracy w pełni lub częściowo”, przy czym nawet ciężko chorzy po leczeniach szpitalnych otrzymują to pierwsze orzeczenie. Wciąż orzeczenia o niepełnosprawności wydają również komisje przy MOPR, gdzie jest łatwiej o uzyskanie „grupy”. Jednakże zgodnie z wytycznym rządowymi daje się tzw. stopień lekki (III grupę), co szokujące –  nawet osobom w terminalnym stadium raka. Rzecz w tym, że III grupie nie przysługują żadne świadczenia  z opieki społecznej. Osoby posiadające III grupę, np. schizofrenicy, kulawi czy cukrzycy idąc do ZUS otrzymują orzeczenie, że „nie są niezdolni do pracy”, co oznacza drugi problem – utratę lub nieotrzymanie renty. W efekcie tych zmian tylko w ciągu 10 lat liczba osób otrzymujących rentę spadła z 2,7 mln do 1,2 mln, choć tylko niewielka część z tej grupy przeszła na emeryturę lub skutecznie została poddana rehabilitacji i rekonwalescencji. Renty rolnicze straciła połowa rolników. Tak więc, tylko 1,5 mln osób z 4,7 mln dorosłych niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym otrzymuje rentę i bynajmniej nie jest to efekt zawieszenia renty z powodu przekroczenia zarobków. Bowiem tylko 327 tys. osób niepełnosprawnych z orzeczeniem znalazło zatrudnienie, miażdżąca większość pracując za stawki, które nie powodują zawieszenia czy zmniejszenia świadczenia.

 

Dużą przeszkodą w zdobyciu renty osobie chorej stanowią okresy bezrobocia oraz umowy śmieciowe. Trzeba bowiem uzbierać 5 lat składkowych w ostatnich 10 latach pracy oraz czas powstania niepełnosprawności nie może być późniejszy niż 18 miesięcy od ostatniego okresu składkowego, aby można było starać się o świadczenie rentowe. W konsekwencji długotrwale bezrobotni, którzy  np. doznali kalectwa w wyniku wypadku komunikacyjnego nie otrzymują renty.

Identyczne zmiany dotyczą tzw. renty socjalnej. Jest to świadczenie przyznawane osobom, które stały się niepełnosprawne przed 20 lub w przypadku osób studiujących – przed 25 rokiem życia. Świadczenie to pobiera się praktycznie przez całe życie. Niestety praktyka wydawania orzeczenia o stopniu lekkim i brak świadczenia pieniężnego dla tego typu orzeczenia poskutkowała tym, że od 20 lat liczba osób pobierających to świadczenie praktycznie się nie zmienia, choć z każdym rokiem powino było przybywać ok. 20 tys. świadczeniobiorców (8% rocznika rodzi się niepełnosprawna lub nabywa niesprawność przed 15 r.ż.). Ci, którzy otrzymali bezterminowe świadczenie w PRLu, je zachowali, nowe rzesze są w większości bez świadczeń.

Na koniec tego ponurego obrazu trzeba dodać, że w 2010 roku 58% rent było w przedziale 500-1000 zł brutto.

 

Pracownik na emeryturze

 

Masz już te 60 lub 65 lat i idziesz na emeryturę. Niestety szanse, że otrzymasz emeryturę powyżej 1600 zł są niemal zerowe, o ile nie byłeś/aś kierownikiem, sędzią, wojskowym, policjantem itd. W 2010 roku prawie 4 tys. osób pobierało emerytury o kwocie poniżej 500 zł brutto, a do 1000 zł – co siódmy emeryt. To jednak dotyczy tych, którzy swe lata przepracowali w PRL. Idą natomiast nowe emerytury. Autor tego opracowania, po 19 latach na rynku pracy otrzymał informację z ZUS o szacowanej przyszłej emeryturze. Jako, że autor pracował głównie w drobnych firmach w dolnych przedziałach zarobków. ZUS, zastrzegając równomierny wzrost przyszłych pensji, określił przyszłą emeryturę w wysokości niespełna 340 zł. Jak przyznali w ubiegłym roku na antenie telewizji twórcy reformy, celem wprowadzenia OFE było obniżenie stosunku wysokości emerytury do ostatniej pensji. Udało im się to znakomicie, tyle, że w czasie wprowadzania reformy telewizyjne reklamy i oficjalna propaganda mówiła dokładnie coś przeciwnego.

 

Gdy brakuje na życie…

 

pracownik, rencista lub niepełnsprawny zwraca się do miejskiego ośrodka pomocy społecznej lub rodzinie. Świadczenia z pomocy społecznej bazują w dużej mierze na wyliczonej przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych kwocie minimum egzystencji. Zgodnie z metodologią kwota ta powinna wystarczyć na wyżywienie, ubranie, środki czystości oraz pokrycie kosztów mieszkania i tak np. w 2010 roku kwota ta wynosiła 473 zł dla osoby samotnej, w tym 220 zł wyznaczono jako koszty mieszkania (wraz z opałem), a ok. 194 koszty żywności. Dla gospodarstwa dwuosobowego kwotę tą ustalono na 794 zł. Oznacza to, że pracownik na minimalnej stawce mający na utrzymaniu niepracującą żonę bez zasiłku był pozbawiony mozliwości otrzymania pomocy z opieki społecznej.

Badacze od lat poddają w wątpliwość wyliczenia IPiSS. Np. wycena miesięcznej racji pokarmowej na poziomie B (czyli tylko do czasowego stosowania o niemal zerowej granicy bezpieczeństwa) wg metodologii opracowanej przez prof. Szczygła z Instytutu Żywności i Żywienia daje kwotę dla osoby pracującej fizycznie – 432 zł. Tak więc kwota podana przez IPiSS jest o 50% za niska, podobnie zbyt niskie wyliczenie dotyczy wynajmu mieszkania. Tak niska kwota może dotyczyć tylko osób zamieszkujących bardzo tanie zasoby komunalne lub posiadających własny dom jednorodzinny. Otrzymanie mieszkania gminnego graniczy dziś z cudem, kupno mieszkania spółdzielczego przez osobę ubogą jest nierealizowalne finansowo. Tak więc, o ile biedak nie odziedziczy mieszkania w spadku, musi je wynająć na wolnym rynku. Tymczasem tutaj najniższe ceny za 1 pokój są dwukrotnie wyższe, niż podaje to powyższa instytucja.

 

Zbyt nisko ustalone progi dochodowe do otrzymania pomocy to  jeden z problemów. Odrębnym zagadnieniem są nakłady na opiekę społeczną.

 

W roku 2000 nakłady na opiekę społeczną wyniosły 3,1 mld zł. Tymczasem w 2010 roku nakłady te nominalnie wyniosły 3,6 mld zł. Inflacja w tej grupie dochodowej według GUS wyniosła 36%, co oznacza oficjalny spadek wartości świadczeń o 13%.  Co więcej, kwota zasiłku stałego wyniosła 286 zł, okresowego 114 zł, celowego 65 zł, a wszystkie świadczenia (włącznie z rzeczowymi) średnio miesięcznie 146 zł.  Kwoty zasiłku okresowego i celowego są niższe od międzynarodowej granicy ubóstwa absolutnego mającej zastosowanie do Afryki subsaharyjskiej, nie mówiąc już o tym, że są niższe od ustawowego minimum egzystencji.

 

W 1992 roku, roku dna po balcerowiczowskich eksperymentach, nakłady na opiekę społeczną wyniosły 9,3 bln zł, tj. wg oficjalnego wskaźnika cen – 5,1 mld zł w cenach z roku 2010, co stanowiło 0,8% PKB. Obecnie nakłady są realnie niższe, niż z roku 1992 i stanowią mniej niż 0,3% PKB.

 

Zamiast podsumowania

 

Przesuwanie w dół wynagrodzeń zasadniczej grupy pracowników, ograniczanie kodeksu pracy,, zastępowanie go umowami cywylinymi, ograniczanie dostępu do rent, obcięcie przyszłych emerytur oraz malejące wydatki na zasiłki dla tych, którzy wepchnięci zostali w biedę. To kompletny obraz okresu transformacji III RP.  W takich chwilach nasuwa się pytanie – czy można było inaczej? Okazuje się, że można. Wszyscy nasi sąsiedzi (z wyjątkiem Ukrainy) radzą sobie lepiej – nawet nasz nędzny sąsiad – Białoruś. Białoruś ma PKB na mieszkańca w przeliczeniu nominalnym na złotówki blisko czterokrotnie mniejszy, niż Polska, a jednak przeciętne wynagrodzenie netto na Białorusi, pomimo wielkiej deprecjacji rubla,  jest nawet wyższe, niż wynagrodzenia, które otrzymują u nas pracownicy handlu detalicznego, usług, budownictwa czy wielu branż przemysłu. Jak to możliwe? Możliwe dlatego, że udział płac netto pracowników szeregowych w PKB w Polsce kształtuje się na poziomie poniżej 20%, podczas gdy na Białorusi przekracza 44%, a spłaszczona stratyfikacja (mniejsze rozwarstwienie) dokonuje reszty. Na dokładkę dopowiem, że na tej nędznej Białorusi nośniki energii, czynsze, raty kredytu za mieszkanie oraz transport publiczny są dotowane, co jeszcze bardziej podnosi siłę nabywczą niskich płac. Dynamika płac w ujęciu realnym również jest dużo wyższa, niż w Polsce. Da się? Da, tylko nie u nas.

 

 

 

 

 

 

 

Advertisements
TrackBack URI

Blog at WordPress.com.

%d bloggers like this: