Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina

08/02/2010

Spałem u terrorystów, jadłem u serbskich mnichów

Filed under: Uncategorized — grypa666 @ 20:49

Spałem u terrorystów, jadłem u serbskich mnichów

Piotr Bein, maj 2003

Bezrobotny dr inż. z Kanady, bez prawa do zasiłku, będąc w kwietniu 2003 r. w Kosowie zazdrościłem wybyczonym funkcjonariuszom z Angoli i Bangladeszu w ONZ-owskiej policji UNMIK, którzy dostają 3-4 tys. euro na miesiąc za jeżdżenie toyotami 4WD wte i wewte. Co dorobią popierając mafię albańską i zdelegalizowaną Wyzwoleńczą Armię Kosowa, UCK, tego im nie zazdroszczę.

Pedałując pod B-52

Drugi dzień w Pradze, pierwsza sobota od napadu na Irak. Żadnej demonstracji, żadnej rozmowy o nowej wojnie wśród tłumów Europejczyków w markowej odzieży, zapatrzonych w mapy i zabytki, które ocalały w grodzie nad Wełtawą jakimś „cudem”, niedostępnym dla Polaków i ich stolicy. Ciągnie mnie do Kosowa, „najbardziej niebezpiecznego miejsca na świecie” jak powiedział były ambasador Kanady w Jugosławii, James Bissett. Zdegustowany Pragą spieszę wczesnym rankiem na jedyny pociąg zabierający rowery do Bratysławy.

Towarzysze podróży reprezentują Czechosłowację: dwoje Czechów, dwie Słowaczki i jedna Morawianka. Narzekając na wysokie ceny, brak pracy i podłą żywność w hipermarketach przypominają mi Polskę, która „poszła z postępem”. Bratysława świeci czystością i pała szczęściem z lokalizacji zakładów Volkswagena. Za godzinkę jestem na granicy z Węgrami, krajem bogatszym od Słowacji i ze znacznie dłuższą tradycją współpracy z Niemcami. Chyba dlatego pegeery i socjalistyczne zakłady nie rozpadły się tu wypluwając ludzi na bruk. Nocuję u nowobogackiego w mieścinie Kisber. Przy domu postawił domek na noclegi po 12 euro.

Rano jestem na drodze kwadrans przed 10-tą. Zmrożone powietrze i czyste niebo obiecują przyjemną jazdę. Zamiast chmur widzę smugę od odrzutowca. Za nim drugi, a nieco dalej trzeci identycznym kursem niemal równoległym do mojej drogi. Za chwilę inna trójka leci w przeciwnym kierunku. Rozpoznaję typowe sylwetki B-52, które w Europie stacjonują jedynie w Anglii. Ich kurs według mapy – Irak.

Do zachodu słońca naliczyłem 17 bombowców do i 17 z Iraku. Następnego dnia byłem w drodze przed brzaskiem, lecz oświetlone świtem smugi B-52 zapowiadały następny dzień wojny. W godzinę naliczyłem kilka sztuk w każdą stronę. Potem ich szlak został za daleko, by ryzykować odwracanie głowy na rowerze. Bombowce latały więc na okrągło, co najmniej od wschodu do zachodu słońca. Z poprawką na przerwę obiadową, którą spędziłem pod dachem w Szekesfehervar, dziennie latało do Iraku co najmniej 30 bombowców B-52. Przy ładowności 17 ton każdy, przewoziły nad moją głową co najmniej 500 t bomb dziennie.

Cztery lata wcześniej podobne ładunki szły na Jugosławię, a Czesi ostrzegali telefonicznie przyjaciół w Serbii: „Lecą teraz nad nami.” Za pół godziny B-52 były nad Wojwodiną, a moi tamtejsi znajomi słyszeli wybuchy bomb.

Jak było naprawdę

Dla uzasadnienia inwazji NATO bezczelnie kłamało o uchodźcach albańskich. Wypędziły ich z domów UCK i bomby NATO, a nie siły Jugosławii. NATO tak bardzo zależało na usprawiedliwieniu „humanitarnych nalotów”, że gdy „exodus” wracał do domu przed terminem natowskiego scenariusza, posypały się na konwoje uchodźców bomby.

W Prisztinie przeciskam się przez tłumy. W Kosowie pozostała garstka Serbów, ale wrócili wszyscy „prześladowani”. Przybyło milion nowych z Albanii. Naprawdę czystki etniczne przypadły setkom tysięcy Serbów z Chorwacji, Bośni i Kosowa. Cierpią w milczeniu, znienawidzeni przez świat. Przybywa dokumentacji o zbrodniach na Serbach, podczas gdy przeciw plejadzie Serbów przed „trybunałem” w Hadze (Info nurt nr 8) coraz trudniej znaleźć dowody.

Okazuje się, że przestępstwa, o które oskarżano Serbów popełniali ich wrogowie …na Serbach. Trybunał-farsa NATO nie udowodnił jednego procenta z zapowiedzianych przez Clintona  “100 tysięcy cywilnych Albańczyków” zamordowanych przez Serbów w Kosowie podczas nalotów NATO. Trybunał jest niekompetentny, zbrodniarze idealnie ukryli ofiary, albo oskarżenie jest fałszywe.

Rodzinie serbskiego przyjaciela z Kosowa UCK dał dwie godziny na wyniesienie się. Stracili wszystko, co mieli od pokoleń oraz jednego członka rodziny. Przed Wielkanocą dowiedziałem się, że poszukując Albańczyków haski trybunał odkopał w Kosowie zaginionego krewnego. Ciągle brakuje ponad tysiąc Serbów zaginionych podczas okupacji Kosowa przez natowski KFOR, gdy UCK robił co chciał z Serbami i Romami oraz niszczył prawosławne świątynie i cmentarze.

Głowa Serbskiej Narodowej Rady Kosowa i Metohji (oficjalna nazwa tej prowincji Serbii), biskup Artemije, napisał 14.12.2002 r. do delegacji ONZ: „Los ponad 1300 cywilnych Serbów porwanych od zakończenia konfliktu jest nieznany …ekstremiści albańscy zabili niemal 1000 Serbów i dotąd odnaleziono tylko niektóre z ciał… Od przybycia misji ONZ do Kosowa uległo zniszczeniu 112 kościołów prawosławnych i dziesiątki cmentarzy.” Widziałem resztki po kilka z nich. W śródmieściu Dziakowicy, przy ruinach cerkwi otoczonych drutem kolczastym i wieżami strażniczymi (wspomnienie po „pilnowaniu” przez KFOR) stoi pomnik Albanki Matki Teresy ozdobiony krzyżem katolickim.

Najwsteczniejsze siły w podbrzuszu Europy są winne okrucieństw od 1991 r.: neo-ustasze; dżihad z Iranu, Turcji, Pakistanu i sieci terroru ibn Ladena (Info nurt nr 3); oraz nienawiść Słoweńców, Chorwatów, Muzułmanów bośniackich i Albańczyków do Serbów, którzy ponieśli ofiary dla wspólnej Jugosławii (patrz rozdziały Wielko-Serbizm i Wielko-Albanizm, Piotr Bein “NATO na Bałkanach”).

Ofiary i oprawcy

W Żabalj w Wojwodinie odwiedziłem uchodźców w dwu ośrodkach dla Serbów z Krajiny, jak przed dwu laty. Zaledwie jedna trzecia znalazła od tego czasu nowe życie. Parę rodzin czekało na  ukończenie domków norweskich o powierzchni 37 m2 na rodzinę, co wypada porównać z nowymi pałacami albańskimi, które widziałem w całym Kosowie! Reszta będzie dalej mieszkać w byłych salach gimnastycznych, zarabiając dorywczo marne grosze i praktycznie bez zagranicznej pomocy, która dotąd „znikała” w mafijnej biurokracji Dzindzicia.

Dokumentacja wypędzenia i zbrodni chorwackich na Serbach z Krajiny i Slawonii znajduje się na www.veritas.org.yu, a z Kosowa – na stronach klasztoru Wisoki Deczani www.kosovo.com, redagowanych pod kierownictwem Ojca Sawy, chyba ostatniego głosu broniącego Serbów kosowskich. Pedałując po Kosowie rozpoznawałem ruiny cerkwi i zniszczone cmentarze z witryny mnichów. Domy Serbów, których nie zburzono pod albańskie rezydencje, straszą w całym Kosowie, podobnie jak w Bośni i Chorwacji. W Belgradzie zdobyłem dokument, że po wyparciu ludności serbskiej wojska chorwackie systematycznie podpalały serbskie domy w Krajinie.

Na granicy Kosowa z Serbią, między rachitycznym posterunkiem policji Serbii i Czarnogóry (nowa nazwa Jugosławii) a zabarykadowaną i uzbrojoną placówką KFOR i UNMIK, widziałem samotny nagrobek Serba zabitego bombą NATO. Od tego momentu spotykałem tylko nagrobki i pomniki UCK, żadnych innych ofiar z lat 1998 – 1999, bo Albańczycy zniszczyliby każdą pamiątkę po Serbach, Romach, czy innych.

Tak powiedzieli młodzi Albańczycy w Deczani. W centrum stoi tam pomnik Haradinaja, prawej ręki generała Ceku. Obaj są zbrodniarzami wojennymi zdaniem Serbów. Ceku dowodził operacjami Burza i Błyskawica w Chorwacji, które zamordowały kilka tysięcy i wygnały setki tysięcy. Haradinaj miał podobne osiągnięcia w Kosowie, nawet po wkroczeniu KFOR. Dwa inne, wielgachne pomniki w Deczani upamiętniają kilkunastu poległych żołnierzy UCK. Widziałem plakaty tej niby zakazanej organizacji w biurze podróży, w oknie lokalu partyjnego, w pizzerii, nawet na znaku drogowym przy posterunku policji ONZ.

Klasztor Wisoki Deczani, średniowieczny pomnik cywilizacji na liście UNESCO, leży nieopodal miasta, silnie obwarowany włoskim KFOR. Albańczycy powiedzieli, że i tak zaatakują, bo nienawidzą mnichów i wszystkiego, co serbskie. Jeden chwalił się zniszczeniem cmentarza przy drodze do Wisoki Deczani. Zbeszczeszczone nagrobki straszą udających się na zwiedzanie klasztoru, przeważnie funkcjonariuszy KFOR i UNMIK na wychodnym.

W winiarni koło Dziakowicy ruszty stalowe podpierały dziesiątki zbiorników, aż spadła bomba NATO, rozlewając hektolitry wina. Wokół zniszczonego serbskiego cmentarza i wypalonej cerkwi kilka kilometrów dalej, drut kolczasty i porzucone wieże strażnicze otoczone workami z piaskiem świadczą o bezskutecznej ochronie. W całym Kosowie zbeszczeszczone cmentarze ogłaszają mentalność „bojowników o wolność”. Nachalne pomniki czczą „bohaterów” UCK, by „przypomnieć Serbom o zbrodniach na Albańczykach” – pisał w czerwcu 2002 r. Ottawa Citizen. Albańczycy zmienili nazwy miejsc i wystawili pomniki przywódcom interwencji NATO. Główna ulica w Prisztinie to Aleje Clintona, a droga do Raczaka to Droga Williama Walkera – na cześć wysłannika USA w Kosowie, który ogłosił wioskę miejscem „masakry” serbskiej w styczniu 1999 r., przyczyniając się do presji na Europę, by poparła „humanitarne” naloty.

Enklawy

W Graczanicy, jednej z niewielu enklaw Serbów pozostających w Kosowie, sprzedawcy uliczni handlują benzyną w butelkach, mimo nowej stacja paliw pod wsią. Serbów zaatakowaliby Albańczycy – wyjaśniło mi kilka osób z obu stron. Niedaleko stacjonuje szwedzki batalion KFOR.

Trafiam do redakcji Jedinstvo (jedność) – gazety Serbów w Kosowie. Władający angielskim redaktor daje mi do zrozumienia, bym uważał – wśród grupy na sali jest policjant. W Serbii panowały stan wyjątkowy i czystki po zabójstwie Dzindzicia. Czułem się bezpieczny z patrolem policji co krok. Nie interesowali się rowerzystą, tylko drogimi autami. Wyglądało to na pokazowe potwierdzenie posądzenia patriotów o konszachty z mafią i spisek. „Demokrację” w kraju ludobójców wprowadziła V kolumna NATO rewolucją październikową 2000 r. Dzindzić pogwałcił konstytucję wydając Miloszewicia i innych na pastwę Hagi, zamiast ich sądzić w kraju oraz „sprywatyzował” przedsiębiorstwa podobnie jak w Polsce – za śmiesznie niską łapówę w porównaniu z wartością rynkową, wyrzucając ludzi na bruk.

Dlatego w Jedinstvo nie rozmawiamy o „zamachu” na mafię rządową i o nieudolności okupanta w Kosowie, tylko o przerwach w dostawie prądu. „Słyszy pan agregat na zewnątrz? Znów elektrownia wyłączyła prąd.” – mówi redaktor nalewając mi odznaczonego serbskiego winiaku. Kilku wysłanników z największej enklawy Kosowskiej Mitrowicy szykuje się do powrotu. Redaktor kończy wystukiwać tekst. Pytam: „ONZ nie może fundnąć komputera?” Redaktor odpowiada spojrzeniem, jakbym przybył zza światów. Wykręca kartkę z maszyny i czyta zebranym; rodzaj zbiorowej korekty. Pytam wskazując na tych z Mitrowicy: „Czy oni mają obstawę z UNMIK lub KFOR?” Redaktor: „Mają auto z rejestracją kosowską. Nic im nie grozi.”

Widząc na ulicy, że szukam noclegu, piękna Czeszka Michalina zaprasza mnie do chrześcijan na misji zrozumienia międzyetnicznego drogą chrystusową. Serbowie chcieli mnie złupić, myśląc że śmierdzę groszem. Obecność międzynarodowa w Kosowie rozpuściła tubylców. Grupie Michaliny przewodzi amerykański żyd z rosyjską żoną i trojgiem dzieci. Od razu mianują mnie wujkiem w obu językach. Zasiadamy do kolacji z kosowskiego dzika, prezentu od przyjaciół. Michalina służy jako niańka w tej „rodzinie”. „Dzieci podchwytują nasze posłanie, przeszkody stawiają rodzice po obu stronach.” – wyjaśnia pokazując wideo z misji w szkołach, gdzie gra klauna.

Inny Amerykanin, rozwiedziony i bez prawa dostępu do dziecka, tuła się po świecie od misji do misji, oddawszy majątek centrali. Mieszka w innym domu, wynajętym od Serba w Niszu za kilkaset euro, położonym przed Graczanicą niedaleko szwedzkiego fortu. Nocuję u niego. Rano chce mnie podwieźć na pożegnanie z grupą, ale właśnie gwizdnęli mu nowe dekle. Idę więc na piechotę mijając zaśmiecony „strumyk” koloru pomarańczowego. Jakieś minerały muszą być w Kosowie. Soros nie bez przyczyny napierał na otwarte społeczeństwo tutaj. Na drogę dostaję objęcia, owoce, bułki-watę i książeczki, które centrala chrześcijan produkuje w USA na cały świat.

Jak bezdomne psy

Omijam bałaganiarską Prisztinę, przeciskam się przez Kosowo Pole, miejsce starcia Serbów z Turkami w XIV w. Albańczycy przywrócili w Kosowie nieporządek i ogólne zaśmiecenie. Historyczną miejscowość miarkuję z mapy, bo serbska nazwa jest zamazana na znaku drogowym, jak wszędzie indziej. Nie zatrzymując się mijam także Drenicę, odwieczny ośrodek albańskiego radykalizmu, miejsce naboru do UCK. Kilkanaście kilometrów przed Peciem cerkiew w gruzach w zrujnowanej wiosce. W Peciu byłe zakłady części samochodowych otoczone drutem kolczastym, wieżami strzelniczymi, barykadami z gabionów i zaporami betonowymi wysokości paru metrów, a wzdłuż torów kolejowych kontenerami tirowskimi ze żwirem. To są koszary batalionu włoskiego. W dali na wzgórzach stoi miasteczko namiotowe z flagą włoską.

Przydrożne tablice ufundowane przez Unię Europejską wśród stert odpadów przypominają o ochronie przyrody. Omijając potworne wyboje (czy raczej zniszczenia wojenne) skręcam na południe. Wszędzie kurz i pył; staram się oddychć płytko, jakby to mogło uchronić od pyłu uranowego. Pytam o drogę do Dziakowicy; „Gjakove” – poprawia mnie Albańczyk. Za Peciem dwa psy próbują przedostać się przez drogę. Jeden przemyka się przed ciężarówką. Zza ciężarówki wyłania się auto. Głuche uderzenie i żałosny skowyt. Kierowca nawet nie zwolnił. Nieborak leży na drodze, próbuje ale nie może się podnieść.

Wrzeszczę wściekły na Kosowo, bardziej przerażając psinę. Podnoszę zwierzę z plamy krwi. Nie ma gdzie je położyć wzdłuż płotu za zaśmieconym rowem. Niosę dalej, ku psiemu towarzyszowi, który uchodzi nieufnie. Ofiara wypadku wyrywa mi się, kuśtyka ogromnym wysiłkiem i zderza się z siatką płotu. Wykaraska się – pocieszam się i zostawiam go przy szosie, a odjeżdżając widzę jak go liże towarzysz.

Byłem świadkiem psiego nieszczęścia tuż po „podziwianiu” wysypiska śmieci przed bramą cmentarza z wysadzonym w jednym miejscu płotem betonowym. Kilkunaście grobów przy wyłomie pozbawiono płyt granitowych (rozkradzione, jak mi potem powiedzieli mnisi), a dalsze mogiły roztrzaskane na kawałki. Wypadek psa wywołał momentalne skojarzenie z Serbami kosowskimi, sponiewieranymi, nie mającymi gdzie się podziać, opuszczonymi nawet przez rodaków w pozostałej Serbii. Każde wspomnienie jego wywołuje wzruszenie.

W centrum Deczani zjeżdżam do klasztoru. Podrzędną drogę do Albanii przez góry zamknęły fortyfikacje KFOR. Nawet karkołomne ścieżki z Albanii służą od dawna przemytowi. Znajomy Serb z Kosowa, Predrag, uziemiony w Polsce od czasu napadu NATO, opowiadał jak w 1998 r. służąc w wojsku łapali osły obładowane bronią z Albanii. Dla własnego bezpieczeństwa UCK używało zwierząt do przemytu.

Predrag pociesza się, że UCK nie zrujnowało jego domu z tysiącami innych. Ich zgliszcza straszą przejezdnych, a gruzy wypełniają wjazdy do rezydencji albańskich zbudowanych z „pomocy humanitarnej”, przemytu broni i narkotyków oraz handlu niewolnicami seksualnymi. Na prośbę listowną nielegalny albański lokator przysłał rodzinne zdjęcia. Nalawszy wybornego wina do kieliszków, Predrag pokazywał mi swój skarb. Na paru fotkach – jego rodzina z ludźmi w białych filcowych czapach – jeszcze jeden dowód na serbską „nienawiść” do Albańczyków. Nawet wino miało rodzinne znamię: prezent od ojca, który osiedlił się z ciotką Predraga na wybrzeżu Adriatyku w Czarnogórze, straciwszy sady w Kosowie, wycięte w pień przez albańskich fanatyków.

Pluton Predraga pił wodę z kałuży, bo nie śmiał wyjść z ukrycia nad jezioro obstawione strzelcami wyborowymi UCK. Społeczeństwo nie było świadome, jak groźna była sytuacja. Na mapie wojskowej większość Kosowa była oznaczona „niebezpiecznie”. Tylko jednostki specjalne mogły działać na dużej części zastrzeżonych terenów.

Dziś nie ma jugosłowiańskiego bicza na albańskich terrorystów, a KFOR i policja ONZ są „bezsilne”. „Jak tylko zaaresztujemy herszta gangsterów, owija się albańską flagą i na ulicach protesty. To nie jest społeczeństwo pod wpływem zorganizowanej przestępczości, tylko oparte na niej.” – powiedział Scottowi Tayorowi, kanadyjskiemu korespondentowi wojennemu, były policjant z Ottawy, a obecnie oficer UNMIK w Prisztinie, Derek Chappell (Halifax Herald 2.6.2003).

Z klasztoru do terrorystów

Opieram rower o gabiony wypełnione piaskiem, ustawione w poprzek jezdni. Jest po godzinach odwiedzin Wisoki Deczani, więc włoski dowódca straży dzwoni do Ojca Sawy, czy mnie zna. Czekając aż mnich skończy modlitwy, odprawiają z kwitkiem toyotę wypełnioną wyższymi funkcjonariuszami ONZ. Po pół godzinie Ojciec Sawa daje przyzwolenie. Następuje rytuał przeszukania bagażu i rewizji. Dwu żołnierzy stoi z odbezpieczonymi automatami, podczas gdy opróżniam zawartość juków. Nóż musi zostać na posterunku. Na koniec jestem obmacany od podeszw po balaklawę.

Wóz opancerzony wypełnia się plutonem z automatami, w kamizelkach przeciwkulowych. Jadę rowerem z przodu, dyktując tempo. Przy wejściu do klasztoru przejmuje mnie strażnik z budki betonowej z otworami strzelniczymi. Mam iść pierwszy, on za mną z automatem. Wychodzi mi na przeciw Ojciec Ksenofont i przeprasza, że Ojciec Sawa z powodu zdrowia nie może mnie zobaczyć, ale zna moje książki i wita mnie.

Chętnie korzystam z zaproszenia na kolację, aby przedłużyć wizytę. Ojciec Ksenofont jest po posiłku (i podczas 40-dniowego postu nie je tego, czym mnie częstują gościnni mnisi). Usadowiwszy się po drugiej stronie ogromnego stołu płynnie przekłada wydrukowany cyrylicą esej patrioty serbskiego. Głos sprzed dziesięcioleci ustami zakonnika daje nadzieję, że jak wielokrotnie w przeszłości naród serbski wyjdzie obronną ręką również z obecnej krzywdy od wstecznych sił.

„Bez pozwolenia biskupa nie możemy nikogo przenocować. Jest wojna.” – przeprasza Ojciec Ksenofont. W asyście wozu pancernego wracam na pastwę Albańczyków. „Szukasz noclegu? Chodź do mojego domu. Tylko zamknę lokal.” – zostaję zaskoczony na ciemnej ulicy (znów zabrakło prądu). Rower zamykają na noc w lokalu. Jedziemy do domu za miastem. Jak niewiele innych, wykończony z zewnątrz, ale wewnątrz wiele pokoi jest w stanie surowym. Zasiadamy do piwa we czterech. Wysoki zadaje mi delikatnie pytania. „Jestem polskim Kanadyjczykiem. Interesuję się Bałkanami.” Paszport ich przekonuje.

Na ścianie kalendarz firmowy z mapą; „Wielka Albania. Walczymy o zjednoczenie prastarego illirskiego narodu. Najgorsi są Serbowie. My ich ta-ta-ta-ta.” – ilustruje gestem strzelania szef. Ich marzenie rozciąga się od Albanii na południowo-wschodnią Czarnogórę przez Kosowo i południową Serbię do Macedonii i zachodniej Grecji. Mapa pokazuje najgęściej zaludnione powiaty wokół Tirany i Prisztiny. Przesuwam wzrok na twarze moich gospodarzy. Wysoki to typ śródziemnomorski, chudy też ma czarne włosy, a herszt i drugi pomocnik wyglądają jak Polacy.

Trudno ich nie polubić, są autentycznie serdeczni. Jakaś kobieta podaje jadło przez uchylone drzwi ubrane w czerwoną flagę Wielkiej Albanii z czarnym dwugłowym orłem. „U nas chłopcy bawią się oddzielnie.” – wyjaśnia herszt dolewając piwa przed skosztowaniem wędliny. W telewizorze relacje w Iraku. „Amerykanie – bandyci.” – komentuje chudy. Szef beszta go. Wysoki „wyjaśnia”, że Ameryka ma rację i tłumaczy historię i kulturę swego narodu oraz dlaczego Serbowie są największym wrogiem. Wspiera go herszt po niemiecku, gestykulując podżynanie szyi, obcinanie i szatkowanie genitaliów. „A serbskie kobiety dlaczego byście pozabijali? Przecież nie noszą broni.” Herszt odpowiada: „Bo rodzą Serbów.” Rozochocony alkoholem proponuje wspólne zdjęcie z kałasznikowem. Wysoki upomina go po albańsku.

Przeklęte góry

W Deczani spędzam dodatkowy dzień przeczekując wiosenny śnieg. Wszyscy odradzają jazdę rowerem przez góry. Nawet ciężarówki z łańcuchami na oponach zazimowały. Jeden Albańczyk stuka się w czoło: „Samochodem z trudem przejeżdżam – tak stromo, a ty się pchasz rowerem.”

W Peciu odwiedzam ciotkę znajomego w klasztorze partriarchatu, obwarowanym siłami KFOR. Mieszka od dawna w Paryżu. Do Kosowa przyjechała, by służyć jako tłumaczka grupie staruszek serbskich, które schroniły się w klasztorze zamiast opuścić ojczystą ziemię pod groźbą UCK.

Serpentynami z Pecia pnę się ku granicy z Czarnogórą w górach Prokletje (przekleństwo), nazwanych od niemożliwego terenu i kapryśnej pogody. Podczas I wojny światowej armia serbska wycofywała się tędy od Austro-Węgrów do Grecji. Obrali trudny szlak, by uniknąć agresji albańskiej. Kilka tysięcy serbskich żołnierzy zginęło od zimna i albańskich janosików. Ci którzy dotarli na wyspę Korfu stali się później trzonem armii królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców.

Mijam samotny nagrobek „bohater UCK, zabity przez serbskich kryminalistów, kwiecień 1999 rok”. Musi co „kryminaliści” byli siłami mundurowymi Jugosławii, bo kto inny odważyłby się buszować po przeklętych górach podczas kampanii natowskiej? Nieco dalej porzucone ciężarówki rdzewieją w zaspach. Nakazy ze stemplem władz okupacyjnych przyklejone do szyb przywołują do usunięcia pojazdu. Dziw że patrol UNMIK nie legitymuje terrorysty z balaklawą na twarzy, natomiast upomina, żebym trzymał się prawej strony. Łamię ich nakaz, bo jest niezgodny z regułą bezpieczeństwa powolnych użytkowników drogi. Widocznie policjanci pochodzą z miejsca mniej rozwinętego.

Jak w Bośni, przydrożne połacie oznaczono taśmą i tablicami „miny” łaciną i cyrylicą. Dobrze że nie poszedłem w bok za potrzebą kilka minut wcześniej. Rozumiem, dlaczego ktoś nawalił kupę na jezdni – pewnie kierowca osaczony śnieżycą. Na którejś z górnych serpentyn, kryjąc twarz przed zacinającym śniegiem, przegapiam wraka autobusu zbombardowanego przez NATO. Czy dusze zabitych pasażerów przeklinają Przeklęte Góry czy NATO?

Wyżej, ciężarówki z Chorwacji, Bośni, Słowenii unieruchomiła piaskowo-śniegowa paćka. Pługi „dar Unii Europejskiej”, mimo że sypią piasek i rozmazują pół-zmrożone błotko, są nieskuteczne, jak „społeczność międzynarodowa” w Kosowie. Niektórzy kierowcy zamiast zużywać opony i paliwo buksując, podłożyli kamienie pod koła i grzejąc szoferki silnikiem na luzie czekają – jak Serbowie na Bałkanach – aż sytuacja się wyklaruje.

Niebo stopniowo rozjaśnia się. Zbliżam się do przełęczy na wysokości 1700 m n.p.m. Wjeżdżam do Czarnogóry, państewka Serbów, którzy wyodrębnili się odgrodzeni górami od nawały tureckiej. W próbach najazdów spłonęły połacie Przeklętych lasów pozostawiając czarne pogorzeliska. Stąd nazwa Crna Gora.

Juczny rowerzysta zdumiewa straż graniczną w zimową pogodę. Trójka futrzastych, podtuczonych szczeniąt kręci się koło polowego ustępu. Na zaśnieżonej podłodze ludzki kał i mocz. Wjeżdżam do kandydata do Unii Europejskiej. Waluta: euro, ludność: 600 tysięcy, przemysł: przemyt i turystyka.

Jazda w dół sprawia problemy. Drogę zastawia suka nieokreślonej rasy, żebrająca od szoferki do szoferki, chyba matka maleństw przy WC. Minąwszy ziewających i drzemiących kierowców w kolejce ciężarówek, nabieram prędkości. Dłonie mi marzną w grubych rękawiczkach, na widełkach rozprysk z szosy zamarza na lód. Często staję, by rozetrzeć dłonie i twarz pod balaklawą oraz postrącać lód z ramy. Ducha dodają piękne lasy sosnowe. Nie było ich po stronie Kosowa.

Mijam pierwszą miejscowość. Biała wieża meczetu kontrastuje z ciemną zielenią sosen. Wzdłuż granic z Kosowem i Albanią, Czarnogórcy dzielą swe góry z muzułmanami na terytorium uważanym za część Wielkiej Albanii.

Muzułmańskie i chorwackie anioły

Na ulicy w Rożaje muzułmańska dziennikarka zagaduje turystę-rowerzystę, który przed sklepem wcina chleb popijając mlekiem z kartonu. Mówi, że pracuje dla gazet miejscowej, bośniackiej i niemieckiej, była jedną z pierwszych w Kosowie po nalotach, a jej reportaże pokazało CNN. Wierzy, że Serbowie wywieźli ciężarówkami-chłodniami 15 tys. ofiar z Kosowa i utopili w Dunaju. Nie zastanawia się, że musieliby wykonać to pod ciągłą obserwacją satelitów, samolotów szpiegowskich i UCK. Przypomina się bajka o kopalni w Trepcy, gdzie niby Serbowie ukryli w szybach setki ofiar. Gdy nic nie znaleziono, propaganda zmieniła się na “setki rozpuszczone w kwasie” w kadziach uzdatniania rudy. Patolodzy i tam nic nie znaleźli.

Podczas II wojny światowej w obozie śmierci w Jasenowacu ustasze zabijali Serbów ustawionych na pomoście nad Sawą. Zwłoki wypływały na brzeg w dół rzeki, mimo że oprawcy przywiązywali ofiarom ciężary przed uderzeniem młotem w głowę. Jeśli Serbowie rzeczywiście topili ciała z Kosowa, znalezionoby je na brzegach Dunaju w Rumunii i na plażach Morza Czarnego.

Ustaszowska propaganda pokazywała radosne twarze „Serbów” w przykładowym „ośrodku rehabilitacyjnym Jasenowac”. Dziś pokazuje ofiary swoich okrucieństw jako ofiary zbrodni „Serbów i Miloszewicia”. Tak samo ekstrema muzułmańska. Dziennikarka pokazała mi nową księgę z rysunkami (nie zdjęciami!) ofiar bez głów i wychudzonych mężczyzn za drutem kolczastym oraz artykuły o 200 tysiącach Muzułmanek w serbskich obozach gwałtu. Chciała przekonać przybysza z Kanady o krzywdach jej współwierców. Tymczasem materiał przekonał mnie, że jest to skrajna propaganda. Propagandowe zmyłki przeciw Serbom opisałem dość dogłębnie w “NATO na Bałkanach”, jedynej książce po polsku traktującej temat wyczerpująco.

Ustasze, a ostatnio oddziały generała Oricia i mudżahedini w Bośni rzeczywiście odcinali Serbom głowy, kończyny i genitalia oraz wydłubywali oczy żywcem i przybijali dzieci do ściany. Najgorsze okrucieństwo Serbów, o jakim powiedzieli mi oni sami, to bicie na śmierć bośniackiego Muzułmana przez ludzi Arkana za to, że nosił naszyjnik z palców dzieci. Neo-ustasze nie pozostali w tyle. Jednostkom armii Jugosławii wycofującym się ze Słowenii przez Zagrzeb, chorwacka gwardia narodowa pokazała odciętą głowę Serba.

„Serbskie obozy gwałtów” z tysiącami Muzułamanek to fantazja zboczonych propagandystów rodzaju, jaki dziś zniewala kobiety w burdelach dla „mężczyzn” z NATO i ONZ w Bośni i Kosowie. W Deczani sutener zapraszał mnie do jego przybytku „pełnego dziewczyn z Mołdawii”. Od dziesiątek lat gwałty na Serbkach były – obok wyrzynania bydła, zatruwania studzien, wycinania drzew, podpalania domów, bicia i zamachów na życie – metodą Albańczyków na obrzydzenie życia i zmuszenie Serbów w Kosowie do opuszczenia historycznej i religijnej kolebki.

Masakry w Sarajewie były przedstawieniem radykalnych Muzułmanów dla telewizji za wiedzą Zachodu. Bośniaccy i albańscy ekstremiści muzułmańscy słyną z poświęcania własnych ludzi dla propagandy. Kilka tysięcy Muzułmanów zamordowanych w Srebrenicy przez siły serbskie także pozostaje legendą. USA nigdy nie pokazało zdjęć satelitarnych („niezbitych dowodów” zaledwie parę lat temu), szykując preteksty do dalszych podbojów Bałkanów. Po latach ekshumacji jest zaledwie kilkaset zwłok, najprawdopodobniej jak w Kosowie poległych żołnierzy z obu stron (plus kości wyjęte z serbskich mogił dla zwiększenia liczby, zdaniem mnichów w Deczani).

Fińskie badania dla ONZ i NATO nie znalazły dowodów na serbską „masakrę” w Raczaku. Mimo to w książkach, które oglądałem w Prisztinie jest ona niezaprzeczalną zbrodnią Serbów. Nie może być inaczej, bo Raczak był pretekstem USA do napaści na Jugosławię.

Serbowie budują

Niedziela, 13.4.2003 r., Stara Pazova k. Belgradu. Msza w cerkwi w stylu austro-węgierskim, w odróżnieniu od bizantyjskiego stylu w Kosowie. Moi gospodarze przestrzegają 40-dniowy post. Jedzą tylko warzywa, owoce i chleb – i to bez oleju. Ja jestem przyzwyczajony do rybnego postu w Wielki Piątek. Teraz zjadłbym nawet śledzia choć raz na tydzień.

Niedziela, 25.5.2003 r., Burnaby, Kolumbia Brytyjska, Kanada. Melodyjny przepych wydobywa się z niecodziennego budynku zwróconego na Wschód. To pierwsza msza w cerkwi w trakcie budowy. Wzniosły duch Serbów wypartych ze swych domów na Bałkanach wibruje wewnątrz. Stoję oczarowany magią chwili. Ukradkiem ocieram wilgoć pod oczami. W głowie przesuwają mi się niedawne obrazy kosowskich ruin. Widzę przez surowy otwór okienny, jak przechodnie przystają, mile zaskoczeni śpiewem.

Dodatkowe kilkaset osób zasiadło w hali przyszłego ośrodka, który połączy z cerkwią przestrzeń obudowana szkłem – zapas na specjalne okazje religijne. Amfiteatr, galeria, biura, stacja radiowa, kuchnie, klub młodzieży, biblioteka – czytam cyrylicą z plakatów przyczepionych taśmą do ścian przyszłych pomieszczeń. Branislaw Novko opracował plan przedsięwzięcia i z innymi zebrał lwią część potrzebnych funduszy wśród firm i osób indywidualnych. Po wzniesieniu murów wartość serbskiego ośrodka kultury podskoczyła z 2,6 miliona CAD na ponad 6 milionów! Branislaw zdobył w banku brakujące finansowanie bez problemu. Serbskiemu architektowi i firmie budowlanej trzeba było zapłacić zgodnie z prawem, ale dorzucili dodatkowe wartości za darmo. Wszyscy inni łącznie z Branisławem pracowali w czynie społecznym. Byli Jugosłowianie raz jeszcze pokazali jak się poświęcają dla dobra wspólnego.

Pytam Branisława o zagrożenie terrorystyczne. „Nie myśleliśmy o tym, ale jeśli ktoś zniszczy nasz ośrodek, odbudujemy.”

Prawa autorskie Piotr Bein

Advertisements
TrackBack URI

Blog at WordPress.com.

%d bloggers like this: