Piotr Bein's blog = blog Piotra Beina

10 IV – Artykuły

Artykuły

  • prasowe

  • niszowe (niektóre powyżej)

†††††††††††††††††††††††††

Zajrzyj także na strony Smoleńsk 10.04.2010

††††††††††††††††††††††††††

Artykuły prasowe

  • B. szef ABW, prokurator B. Święczkowski: 1-sze 48 godzin zaprzepaściło śledztwo:

Bezpieczeństwo Polski po 10 kwietnia 2010 roku cz. I
http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=21396
Bezpieczeństwo Polski po 10 kwietnia 2010 roku cz. II
http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=21397
Bezpieczeństwo Polski po 10 kwietnia 2010 roku cz. III
http://www.radiomaryja.pl/audycje.php?id=21398

  • Misja Specjalna

czesc 1 http://www.youtube.com/watch?v=XvXT8Sm-ml4

czesc 2   http://www.youtube.com/watch?v=gPECihsGq-U

czesc 3   http://www.youtube.com/watch?v=7EzPD7-NoLA

  • Pan Jarosław “taki polityk, jak pan Jarosław nie zdarzy się Polsce przez następne pięćdziesiąt lat…”

  • Już nie przeszkadza “Najbardziej dotkliwe obelgi, drwiny, poniżające wyzwiska sypały się na Prezydenta RP. Pomiatano Nim w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie…”

††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††

Teksty nt. “niszowe” 10 IV, których nie znajdziesz w mendiach

†††††††††††††††††††††††

Doniesienie o popelnieniu 10 IV

Zbrodnia i dowody

Oszustwo katastrofy smoleńskiej

Zapraszam na projekcję

Dowody matactwa katastrofy smoleńskiej

A.Walentynowicz

Polityka światowa a zamach w Smoleńsku

To mógł być zamach

†††††††††††††††††††††††††

†††††††††††††††††††††††††

Na tropach przyczyn katastrofy w Smoleńsku

Hipoteza fałszywych nadajników NDB

Ta ruska agentura

Dymiący nagan

Kandydaci na Prezydenta RP a Układ Europejski

Potworny styl Putina

Czy był to ZAMACH – proste testy

10 IV: Ścieżka dźwiękowa ze strzałami

Wniosek do Trybunału Stanu ws. odpowiedzialności za Smoleńsk

Polska – globaliści – Smoleńsk

Jak żyć po katastrofie 10 IV?

WIELKA HUTZPA – SAYAN NA WAWELU

W wieku info-wojny

Mam straszliwe podejrzenia

Naród w Żałobie, atak trwa

††††††††††††††††††††††††††

Krzysztof Cierpisz 8.8.2010

10 IV: Katastrofa, której nie było

[Strony uaktualniane przez autora, patrz zdjęcia w orginale artykułu]

20100416

+++

Prezydent Kaczyński  i wszyscy inni znajdujący się na pokładzie samolotu lecącego na uroczystości katyńskie nie zginął w samolocie, który rozbił się kolo lotniska w Smoleńsku – jak to pokazano całemu światu ale w innym miejscu. W Smoleńsku rozbił się samolot bliźniak. Bliźniak ten był pusty – bez pasażerów i załogi. Przypuszczalnie chciano mieć absolutna pewność skutków zamachu i dlatego zamordowano wszystkich poprzez stracenie samolotu prezydenta i rozbicie go w ustronnym miejscu, gdzie ofiary można było rzeczywiście dobić o ile ktoś by przeżył. W Smoleńsku rozbił się jedynie samolot bliźniak, który został spreparowany jedynie do upozorowania katastrofy z winy pilota. W Tv widać było rozbity samolot ciał ofiar nikt nie widział.

Konstrukcja bliźniaka była specjalnie przygotowana do rozpadnięcia się na mnóstwo kawałków zdemolowanej konstrukcji na dużej przestrzeni miejsca upadku. To celem ukrycia właśnie faktu braku ciał ofiar w samolocie rzekomo prezydenckim. Pierwsi  spontaniczni świadkowie na miejscu rozbicia samolotu Tu-154, np polski kamerzysta  telewizyjny oraz polski ambasador w Moskwie Bhar, stwierdzili zgodnie, ze nie widzieli ciał ani zabitych ani rannych.  Szczególnie ważne tu jest zeznanie kamerzysty, który był a Kabatach i widział jak wygląda miejsce katastrofy lotniczej w chwili tuz po zderzeniu samolotu z ziemia.
Brak ciał zabitych lub rannych, obaj świadkowie podkreślali  ze zdumieniem i pełna świadomościowa niezwykłości tego faktu.

Ciał ofiar nie widział ani ten polski kamerzysta ani następni operatorzy , którzy filmowali strażaków polewających wrak woda.  Ani jeden raz kamera okazała coś co mogło przypominać ciało ofiary katastrofy. Ciała te powinny przecież   znajdować się  w samolocie oraz obok.
Samolot ten leciał z niska prędkością a konstrukcja miała być nienaruszona do chwili uderzenia w ziemie. Dodatkowo gałęzie lasu oraz miękkie podłoże powinny wybitnie amortyzować uderzenie co powinno umniejszyć efekt ew rozrzutu ciał. Gdyby w samolocie blizniku byli ludzie to widać by było tez ciała ofiar wypadku.
Kamery nie okazały tez ani plandek lub koców , które w takich wypadkach narzuca się na ciała zabitych. Na wszystkich ujęciach kamer brak takich śladów przykrycia ew ciał.
Do miejsca wypadku nie podjechała ani jedna karetka nie przybył nikt z personelu medycznego.
Pokazano trumny przy w wożeniu ich na miejsce wypadku jaki i przy wywożeniu ich do Moskwy.Co było w trumnach nikt nie widział. Pakowanie skrwawianych ciał ofiar katastrofy pozostawia ślady krwi na ubraniu personelu ratunkowego jaki sprzęcie ratunkowym. Tu ani ratownicy nie mieli śladu krwi ani materiał trumien nie został zakrwawiony w sposób widoczny.

Wladze Smoleńska – groteskowo wręcz- podały , ze wszyscy zginęli. Podczas kiedy nie wiedziano nawet ilu było zabitych – nie umiano podać żadnej cyfry. Cyfrą było: wszyscy zabici. W przypadku takiej katastrofy podaje się ilu ciał doliczono się wśród zabitych a ile ciał możne brakować – zaginieni. Widać tu wcześniej zaplanowane komendy zaprojektowane za biurkiem i nie mające pokrycia w realnych raportach o faktycznym zdarzeniu.

Oprócz oceny działań ratunkowych dochodzi tu aspekt oszacowania  technicznego uszkodzenia  samolotu. Kiedy w pierwszych doniesieniach podawano , ze wszyscy zginęli i samolot został doszczętnie zniszczony w trakcie katastrofy, TVP Info pokazywała swymi kamerami – w tle takich właśnie komentarzy  -wyraźny dobrze zachowany kształt kadłuba samolotu. Kadłub  – w części środkowej – leząc na ziemi  wyglądał być w bardzo dobrym stanie! Leząc lekko skośnie do osi kamery ukazywał wyraźnie swe wnętrze,które wyglądało na dobrze zachowane choć wskazujące na ślady braku tak foteli jak polek bagażowych itp. Wyglądało to jakby nastąpił tam wybuch , który wymiótł wszystko ze swego wnętrza. Cos tak jak skorupka jajka bez swej zawartości.   Na pokazywanych zdjęciach video widać było tak jakby cześć cylindryczna kadłuba została rozdarta na kawałki. Przekrój tego rozerwania był charakterystycznie postrzępiony regularnie – tez jak skorupka jajka –  co było widokiem niezwykłym przy takich zderzeniach. To postrzępienie mogło być także   podobne  do rury lub łuski pocisku, które zostały rozerwane silą wybuchu od środka a nie siły zewnętrznej. Uszkodzenia takie nie mogą być skutkiem uderzenia w ziemie.

Film pokazujący tak zniszczona konstrukcje zaginał i możne nie ma już go nawet w archiwum TVP. Jeżeli  ktoś nagrywał te sceny w domu powinien kopie tego filmu rozesłać po świecie i opublikować na internecie.


Co charakterystyczne ogon części kadłubowej – pokazany na innym filmie -ma widoczne oderwanie od części kadłuba cylindrycznego w sposób absolutnie odwrotny.
Sprzeczność w rozumowaniu nie występuje  jeżeli założymy , ze kadłub cylindryczny jest jednolity a cześć ogonowa jest przykręcona śrubami przez wręgę kadłubowa.
Przygotowując konstrukcje do łatwego rozsypania się w trakcie wybuchu przy uderzeniu w ziemie jest dużo łatwiej poluzować śruby części ogonowej niż osłabić monolityczna konstrukcje części cylindrycznej. Stad ta różnica. Fakt, ze konstrukcji ogonowa została celowa osłabiona jest łatwo zauważalny. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia innych katastrof Tu-154. Tam zawsze ogon jest konstrukcją najtrwalszą i trzyma się części cylindrycznej , podczas kiedy u bliźniaka nastąpił wyraźny podział.

Przygotowując  samolot bliźniak do efektownego rozbicia postanowiono zwiększyć efekt rozrzucenia części wraku poprzez rozerwanie kadłuba od środka właśnie za pomocą ładunków wybuchowych. Obawiano się bowiem , ze wrak zachowa się w całości i trudniej będzie okryć fakt braku ciał. Bliźniak byl tak właśnie  przygotowany – konstrukcja osłabiona – do rozpadnięcia się na mnóstwo kawałków  na rozleglej przestrzeni.  Z tych to powodów samolot nie zapalił się. Brak pożaru bowiem jest prostym wynikiem braku paliwa w zbiornikach. Samolot prezydencki  –  „prawdziwy”  – miał paliwo na cala drogę powrotna i przy takim właśnie uderzeniu plunąłby ogromnym pożarem. Brak paliwa w bliźniaku  musiał wynikać z obaw , ze eksplozja samolotu w powietrzu wywoła równoczesny pożar samolotu na wyraźną chwile  przed zderzeniem się z ziemia – co podważy wersje o błędzie pilota.

KC100416

+++

20100429
+++

W załączeniu przesyłam odtworzony z pamięci obraz oderwania części kadłuba TU-154 w katastrofie smoleńskiej.

Patrz : Szkic symboliczny przerwania kadluba Tu-154. Kadlub tak przepolowiony – znikl bez sladu. Obraz taki pokazywała TVP.Info w sobotę 10 kwietnia 2010 – godziny przedpołudniowe. Odległość od kamery jakieś 100-200 metrów. Reporter stojąc przed kamerami miał w tle taki właśnie widok kadłuba rozbitego Tupolewa. Widok ten przemykał się miedzy osłaniającymi go drzewami po lewej jak i po prawej stronie kadłuba.
W rzeczywistości kadłub samolotu wyglądał podobnie jak na szkicu czyli :

  1. leżał dość równo na ziemi ukazując geometrie urwania (przekroju kołowym) w prawie 100%
  2. os wzdłużna kadłuba padała jakieś 60-70 stopni do osi obiektywu kamery.
  3. można było dojrzeć zacienione wnętrze kadłuba.
  4. kadłub – poszycie było właśnie tak postrzępione jak to pokazano na szkicu, co podkreślam.

ad1. Z takiego widoku można było wyciągnąć wniosek , ze kadłub tej pokazywanej części był lepiej niż dobrze zachowany w swej pierwotnej geometrii.
Co jawnie przeczy rozgłaszanej informacji, ze kadłub rozpadł się całkowicie  i choćby ze względu na to, nikt nie mógł przeżyć.

ad3. Dzięki temu można było coś powiedzieć zarówno o wnętrzu kadłuba jak i bardzo niecodziennym oderwaniu pokazywanego kadłuba od jego pozostałej części.
Otóż wnętrze kadłuba ukazywało brak jakichkolwiek elementów wewnętrznych kabiny:

  • brak foteli
  • brak półek bagażowych
  • przypuszczalnie brak poszycia wewnętrznego (dekoracyjnego kabin pasażerskich)

ad4.  Poszycie nośne kadłuba było postrzępione właśnie tak bardzo regularnie jak to widać na szkicu.
Wynika to oczywiście z konstrukcyjnego rozplanowania ułożenia blach poszycia kadłuba i to nie jest dziwne.
Dziwne zaś jest to , ze nie było widać tam tzw podłużnic, czyli elementów nośnych kadłuba,
które poprzez nity są konstrukcją niejako zintegrowaną z poszyciem nośnym.
Oznacza to , ze przy zniszczeniu kadłuba – jak na obrazie – powinny być także widoczne te elementy podłużne (podłużnice) również  proporcjonalnie zniszczone tak jak poszycie.
Co zatem możne oznaczać  brak podłużnic na zdjęciach? – To ze zostały bądź usunięte bądź uszkodzone przed lotem.
W jakim celu? – aby osłabić konstrukcje-
W jakim celu? – aby samolot łatwo rozleciał się na drobne kawałki przy kontakcie z ziemią.
W jakim celu? Po to aby okryć fakt braku ofiar na pokładzie samolotu – który w takim wypadku musiał być bliźniakiem. Ten odstęp czasowy ok 20 minut – powyżej normalnego czasu lotu – jest zbyt krotki na to aby:

  • opróżnić samolot z pasażerów i załogi – żywych , martwych  lub odurzonych narkotykiem,
  • wynieść ok 120 foteli.
  • uszkodzić strukturę kadłuba tak aby łatwo rozpadła się na wiele fragmentów przy taka zaaranżowanej katastrofie.

Nasuwa się tez pytanie : dlaczego miało tam nie być foteli? Odpowiedz jest przypuszczalnie prosta. Aby umożliwić gwarantowany rozpad kadłuba przy zderzeniu z ziemią użyto ładunków wybuchowych , których efekt byłby osłabiony przez cale rzędy i szeregi foteli. W ten sposób – bez foteli –  fala uderzeniowa obciążyła kadłub bardzo równomiernie, co dało duży efekt  destrukcji samolotu przy małym ładunku detonacyjnym , co mniej rzuca się w oczy ew. zaocznym świadkom wypadku. Taki mniejszy ładunek, z równomiernie rozprowadzoną falą uderzeniową,  zostawia także mniejsze lokalne ślady deformacyjne na konstrukcji kadłuba.

KC100429

+++

20100511

+++

Na koniec : Najbardziej nieprawdopodobna wersja katastrofy samolotu 101. czyli :
Kłamstwo wiarygodniejsze niż prawda.

Hipoteza  zakładająca , że  w Smoleńsku nie było samolotu prezydenckiego Nr 101, a w  TV widzieliśmy jedynie samolot bliźniak nie przestała być aktualna. Przeciwnie, wydarzenia jakimi jesteśmy świadkami po opublikowaniu tego przypuszczenia -co miało miejsce 16 kwietnia – dodały jedynie nowych argumentów na korzyść hipotezy samolotu dublera. Chodzi tu o dwa fakty szeroko rozpowszechnione w mediach, które swymi skutkami maja odwrócić uwagę od spostrzeżeń świadków miejsca katastrofy, z których jasno wynikało , że ciał ofiar nikt nie widział w Smoleńsku. Fakt pierwszy, publikacja bardzo krótkiego filmu w YOUTUBE, w którym to widać i słychać coś co wskazuje na likwidacje ocalałych rozbitków samolotu 101. Fakt drugi to skandal związany z plądrowaniem rzekomego miejsca katastrofy z rzeczy osobistych ofiar a nawet wygrzebywanie szczątków ciał.  Jest to bardzo dziwny zbieg okoliczności. Jest zastanawiające to, czy te dwa fakty nie są reakcja na słabość oszustwa smoleńskiego? Spontanicznie ujawnionego w TVP na miejscu w Smoleńsku w kilkadziesiąt minut po rozbiciu samolotu o polskich znakach lotniczych.

Musi być oczywiste to, że te dwa w/w zdarzenia medialne mają dać „wrażenie” oczywistości rozbicia się samolotu 101 na lotnisku w smoleńsku. Film – przypadkowo zrobiony telefonem komórkowym – , który ukazuje „sugeruje” likwidacje osób, które katastrofę przeżyły.  Według sugestii audio wizualnych przekazanych przez to nagranie,  rozbitkowie wychodzą z wraku samolotu, a tam czekają na nich oprawcy. Rozpoczyna się wymiana ognia i po 1 minucie wszystko jest gotowe – ci co przeżyli – rozbitkowie – zostali zlikwidowani w 100 procentach, a widzą to miliony internautów.

Pozostaje pytanie: dlaczego zatem przeżył sam autor tego filmu? Jak to możliwe, że uszedł z życiem? Czy nie po to aby zainstalować film na internecie? Nie ma w filmie  niczego co jest jakimkolwiek dowodem przestępstwa. Mimo to skorumpowana prokuratura gorliwie bada jego zawartość. To podczas kiedy, ani Wiszniewskiego ani Bahra nikt nie wzywa na przesłuchanie. Naoczni świadkowie miejsca masowej zbrodni  – Wiśniewski i Bahr – leżą poza zakresem zainteresowań polskiego prawa. Film ten jest nadzwyczaj udanym przykładem manipulacji zbiorowej. Internauci całymi milionami budują w swych świadomościach przekonanie, że na pokładzie samolotu byli jednak ludzie. Czyli jest to zbiorowe odwrócenie uwagi od spostrzeżeń  Wiśniewskiego, Bahra  oraz innych  świadczące o tym, że ciał tam nie było. Nie był to zatem samolot 101. Przypuszczalnie – tak jak to bywa –  sprawcy zbrodni dużo chętniej przyjmą na siebie ciężkie podejrzenia – a fałszywe, aniżeli pozwolą odsłonić słabe nawet poszlaki, które mogą naprowadzić na prawidłowy trop. Trop , który mógłby okazać prawdę o tym zamachu.

Sam film mógłby jednak być – paradoksalnie – dowodem na prawdziwość hipotezy „samolotu bliźniaka”. Otóż o słuszności hipotezy bliźniaka świadczyć miałby ten krótki fragment likwidacji tych którzy przeżyli. Oprawcy musieliby wiedzieć , że na pokładzie miało znajdować się jedynie parę osób, a nie dziewięćdziesiąt sześć. W ciągu tych kilkunastu sekund  osoby te zostały odnalezione i zlikwidowane.  Gdyby miał to być prawdziwy samolot prezydenta musiałby  być tam i załoga i cała delegacja . Wyszukiwanie i dobijanie 96 osób musiałoby zająć jakieś dobre 30 minut a nie 20 sekund.

Drugim szachrajstwem mającym uśpić czujność analityków wydarzeń  jest farsa odnajdywania przedmiotów osobistych należących do ofiar katastrofy. Kiedy już „wszytko zostało znalezione i zabezpieczone” nagle w 3 tygodniu po katastrofie na jego sugerowanym miejscu tragedii odnajdują się przedmioty osobiste ofiar. Portfele, telefony  i pieniądze o dużych wartościach. A przecież teren był tak dokładnie zbadany, ziemia przekopana na  jeden metr w głąb! Zamachowcy tak bardzo zapatrzyli się w oszustwa WTC – 11 września –  że i w Smoleńsku, tak jak w Nowym Yorku odnalazł się paszport osoby mającej znajdować się na pokładzie. Przypomnijmy, w WTC w wielkim ogniu, stopiła się nawet stal ale paszport rzekomego dowódcy porywaczy nie spłonął. W Smoleńsku tak samo. Mówią, że ciał nie widzieli, a tu patrz, nawet paszport się znalazł!

Otwarcie miejsca katastrofy dla poszukiwaczy nie jest przypadkowe. Poszukiwacze chodzą tam i grzebią, dzięki temu , że znajdują tam nawet pieniądze  motywacja grabieży jest podtrzymywana. Nagłaśnianie tych aktów sprawia, że problem pytań nt. braku ciał w samolocie bliźniaku utonie w morzu faktów na temat grabienia przedmiotów osobistych rozbitków. Bo skoro są rzeczy osobiste to musieli być i pasażerowie. Brak kontroli nad tym miejscem nie jest przypadkowy. Bo gdyby tak było to ta – kiedy indziej – żenująca sprawa byłaby natychmiast zatuszowana a teren byłby natychmiast szczelnie  odizolowany. Problem plądrowania tego miejsca jeszcze długo pozostanie na łamach prasy. Lekcja ta musi być utrwalona w świadomości ogółu.

Jak jednak hipoteza samolotu bliźniaka wpisuje się w przebieg zamachu?

O ile jest bardzo prawdopodobne to, że zarówno załoga jak i inni na pokładzie zostali odurzeni lub zabici gazem bojowym w trakcie lotu, to pozostaje pytanie czy zamachowcy byli na pokładzie, czy też nie. Nie można też wykluczyć tego,  że w samolocie 101 utworzono tzw. kocioł. Ci wszyscy, którzy wchodzili kolejno na pokład byli natychmiast mordowani a ich ciała układane wgłębi kabiny. Tej ewentualności nie można wykluczyć z dwóch powodów: Faktu spóźnienia pary prezydenckiej na lotnisko oraz wyjątkowego przypadku braku kamer telewizyjnych jakie zawsze były podczas wchodzenia prezydenta na pokład samolotu.  Lech Kaczyński mógł być już zabity w pałacu prezydenckim i to łącznie z oficerami BOR. Metoda ta choć klasyczna jest trudniejsza do wykonania niż metoda gazu bojowego, która to jak się przypuszcza jest często stosowana przy porywaniu samolotów pasażerskich, a które są przerabiane na katastrofy.

Weźmy to po kolei. Zaatakowanie załogi oraz pasażerów samolotu pasażerskiego gazem jest nad wyraz proste. Jak wiadomo samolot taki lecąc na wysokości 3000-9000 metrów musi mieć – wg przepisów lotów – własna instalacje tlenową. Jednakże wpuszczenie gazu do samolotu – droga wentylacji ogólnej niosłoby ze sobą problem  nierównomiernego rozejścia się tej substancji w samolocie jako całości, co mogło być zauważone przez potencjalne ofiary. Poza tym  wstępna manipulacja taką instalacją mogłaby być wykryta przez serwis naziemny w Warszawie.

Najlepszym rozwiązaniem jest tu posłużenie się system masek tlenowych, które są na wyposażeniu każdego takiego samolotu. Maski takie same wypadną na głowami pasażerów i co ważne pilotów, kiedy tylko pojawi się jakikolwiek alarm na pokładzie. Tym alarmem może być; pożar, dekompresja kabiny, inne podobne problemy. Procedura jest taka: natychmiast po alarmie wypadają maski, pilot oznajmia powód, zachęca wszystkich do założenia masek na twarze. Kapitan tak jak inni zakłada też i swoją maskę, aby oddychać tą droga. Procedura nakazuje kapitanowi równoczesne załączenie AUTOPILOTA . I to w zasadzie wszystko. Załoga wdycha gaz , którym jest odurzona lub zabita. Zamachowcy drogą zdalną przejmują rozmowy rutynowe z ew. Wieżami kontrolnymi lub podobne.  Wieże rozmawiając z porywaczami są przekonane , że mają bieżącą łączność z załogą.

Jeżeli samolot nie musi lądować bez katastrofy  na ziemi, to fizyczna obecność zamachowców na pokładzie jest zbędna. Trudność  pojawia się o ile samolot jest mało nowoczesny , a potrzeba  sprowadzić go na ziemie bez kolizji. Tu–154 był takim samolotem , który pod tym względem mało nadawał się do takiego zdalnie sterowanego lądowania. A samolot 101 wylądował bez szwanku – to niemal pewne. Należy zatem założyć, że zamachowcy musieli być na pokładzie. Fakty mówiące o tym, że;

  • nie było kamer TV w chwili kiedy prezydent Kaczyński wsiadał do samolotu,
  • nie można było otrzymać informacji z lotniska w Warszawie co ilości osób na pokładzie
  • niejasność co do powodów spóźnienia pary prezydenckiej na lotnisku

wskazują na to, zamachowcy na samolotu TU-154 nr 101, musieli wsiąść na jego pokład już w Warszawie.

Jeżeli tak, to był wśród nich porywacz pilot , który przejął stery od nieprzytomnych lub martwych pilotów prezydenta L. Kaczyńskiego. Z chwila zameldowania do centrum dowodzenia , że samolot 101 został przejęty, nastąpił moment wprowadzenia do akcji „samolotu bliźniaka”. Bliźniak został podłączony ruchu jako samolot 101, podczas kiedy samolot prezydenta leciał w głąb Rosji.

To właśnie bliźniak krążył nad lotniskiem w Smoleńsku z załoga lub na autopilocie. To z tym pilotem lub zamachowcem podszywającym się pod pilota – już tu samolotu bliźniaka – rozmawiała wieża w Smoleńsku. Rosyjski kontroler nie kłamał. Kontroler mógł rozmawiać z fałszywym pilotem, który -możliwe – siedział w samolocie dowodzenia zamachem. Taki samolot był zauważony nad Smoleńskiem – był to przypuszczalnie rozpoznany Antonow. To z tego powodu kontroler prawdziwie powiedział, że pilot Tupolewa miał problemy z językiem,  dokładnie: z liczbami. Pilot w bliźniaku lub podający się za pilota zamachowiec w Antonowie  mógł rzeczywiście błędnie dyskutować – problem wysokości co nie uszło uwadze wieży. A mogło to być jedynie udawanie problemów językowych –  jako konieczność grania na czas.

Kiedy bliźniak – lecąc na autopilocie – znalazł się we właściwym punkcie – został osadzony na ziemi. Odbyło się to poprzez detonacje ładunku wybuchowego w skrzydle. Skrzydło zostało ucięte i tym sposobem osiągnięto precyzyjne miejsce rozbicia samolotu bliźniaka. Popełniano jednak błąd lub nastąpiły inne okoliczności niż te które przewidywano. Samolot ten nie miała paliwa w ilości należnej do wkalkulowanego wybuchu. Skutkiem czego zniszczono by  ślady manipulacji a przede wszystkim ukryto by fakt braku ofiar na pokładzie.  Wszystko miało spłonąć. W popiołach ukryto by fakty; braku ciał oraz ogromnego (nietypowego) zniszczenia konstrukcji samolotu. Brak pożaru sprawił, że opóźniono alarm. To tu i dlatego powstał problem braku określenia czasu rozbicia bliźniaka. Nie było też już czasu na przeredagowanie komunikatu władz Smoleńska: Wszyscy zginęli a duża ilość ciał jest całkowicie  zwęglona – tak ogłoszono. Możliwe, że samolot miał lecieć bez paliwa ale miał zapalić się na ziemi od nafty, którą wstępnie rozlano na miejscu zaplanowanego wypadku. Było jednak coś co nie zagrało, rozlane paliwo nie wywołało pożaru i samolot nie spłonął.

Należy uważnie zwrócić uwagę na to co ukazują filmy ze scenami gaszenia pożaru. Otóż widać tam palącą się ziemie, a nie palący się samolot.  Wrak samolotu nie ma śladu płomieni! Pierwsze co powinno się zapalić to opony kół podwozia. Koła te znajdowały się w najbliższej bliskości rozszarpanego zbiornika i powinny spłonąć, pozostały jednak nietknięte. Filmy wideo pokazują zaś coś  odwrotnego niż zwykle: płonie ziemia ale nie samolot. Oznacza to, że podkład był polany paliwem i to podkład płonie ale słabym płomieniem, coś zawiodło.

Co zaś stało się z samolotem 101 i 96 osobami na pokładzie? Samolot ten osadzono na ziemi gdzieś na tajnym lotnisku lub nawet doraźnie utwardzonym terenie, ważne aby nie było świadków. Okolice bardziej na wschód. Było to daleko od Smoleńska. Fakt ten wyszedł na jaw, kiedy Jarosław uparł się aby ciało Lecha Kaczyńskiego zabrać natychmiast do Polski. Ciało należało najpierw przewieźć do Smoleńska. Samolot 101 lecąc z prędkością 800-900 km/h mógł osiągnąć dość daleką odległość, która sprawiła ten właśnie kłopot. Wymagań Jarosława Kaczyńskiego nie wzięto tego pod uwagę przy planowaniu. Ciało Lecha trzeba było specjalnie przerzucić do Smoleńska. Siły operacyjne w takich sytuacjach posługują się helikopterami . Prędkość lotu helikoptera jest 4 razy niższa niż Tu1-54. Oznacza to , że transport taką drogą też może być 4 razy dłuższy. I to było powodem , że samochód z Jarosławem Kaczyńskim był wstrzymywany w drodze do Smoleńska, gdzie miał zidentyfikować zwłoki Lecha.

Jest niemal pewne, że samolot 101 nigdzie nie rozbił się. Świadczyć musi o tym stan zwłok Lecha Kaczyńskiego. Zwłoki te szybko „znaleziono”, zidentyfikowano i dostarczono do Smoleńska. Świadczy to o tym, że nie był to losowy przypadek zmiażdżenia ciała w trakcie uderzenia samolotu o ziemię. Miejsce prezydenta było przy kabinach pilotów. Stan zwłok byłby podobny do innych z tego samego miejsca w kadłubie Tupolewa. Pilotów nie znaleziono, ciało żony prezydenta było trudne i do odnalezienia i do identyfikacji. Bez wątpienia 96 zostało zamordowanych. Nie wiadomo jaka była to śmierć, może wszyscy byli martwi już w Warszawie. Może kapitan nie dotknął nawet steru samolotu. Czy ginęli od kuli w głowę, czy od trucizny? Można przypuszczać, że ciała ofiar celowo masakrowano do granicy nierozpoznawalności, a to ze względu na obawę związana z ew. sekcja zwłok. Oględziny ciała mogą ujawnić to czy ciało zostało zmasakrowane u osoby żyjącej, czy też po zgonie. Ustalenie tego momentu mogło poważnie obnażyć kulisy zamachu.

Istotne jest to, że w Smoleńsku rozbił się bliźniak, nie było tam ciał, samolot ten nie spalił się tak jak zaplanowano,  skutkiem czego pozostały dowody poszarpanych blach pokrycia co świadczy wyraźnie o podłożonym ładunku detonacyjnym. Czarne skrzynki nie świadczą zaś o czymkolwiek. Towarzysze napiszą cały zapis na nowo. Jeżeli zapisy skrzynek mogłyby coś okazać to nic innego jak  tylko kolejna fuszerkę fałszerzy i zbrodniarzy. Tak jak po partacku rozbili samolot bliźniak –  nie potrafili go spalić na miejscu, tak mogą też coś pomylić w nowo tworzonym zapisie. Towarzysze nad Wisła pomogą towarzyszom w Moskwie zatuszować ew. uchybienia. A są także towarzysze w szerokim świecie, ci też pomogą.

Należy mieć świadomość co do tego , że zamach nie był robotą ani jednej osoby ani jednego państwa. Zamach ten jest rezultatem zmowy międzynarodowej – przypuszczalnie nowej Jałty. O ile inicjatywa , inspiracja lub doraźne korzyści mogły przeważać w jedną lub drugą stronę to jednak nikt nie robił tego na własna rękę.

KC100511

+++

+++

Katastrofa, której nie było. Smoleńsk 10 kwietnia 2010.

W 10 kwietnia 2010, w Smoleńsku nie było żadnej katastrofy samolotu TU-154M 101 z prezydentem Lechem Kaczyńskim oraz cala tzw „delegacja katyńska” na pokładzie. Załoga samolotu, prezydent, osoby towarzyszące, w sumie – umownie – 96 osób zostało zamordowane lub zaginęły w Polsce, a nie w Rosji. Był to krwawy zamach stanu z ofiarami osób całkowicie postronnych.  „Katastrofa smoleńska” była jedynie aranżacją medialną, mającą na celu wykluczenie śledztwa  z terenu Polski i urządzenie jakiejś farsy w Rosji. To celem ukrycia tego faktu – zamachu stanu z użyciem siły i masowym skutkiem śmiertelnym postronnych osób.  „Katastrofa smoleńska” była jedynie manipulacją „okrągłego stołu” – nowym rozdaniem stołków. Jak za komuny lub później dopuszczano się skrytobójstw mających na celu właściwe uformowanie  zestawu  osobowego strony opozycji, która w składzie odpowiednich person miała układać się z bandziorami, tak teraz należało dokonać gruntowniejszej korekty tego składu. I tak się stało.

Nowością są tylko dwa nowe elementy tej techniki okrągłostołowej: podłączenie do gry Rosji  i masowość zabójstw. Rosja jest wyeksponowana w tym zamachu, a nie jest świadectwo jej siły lub roli głównej ale słabości i głupoty. ZSRR nie dał się wmieszać bandycie Jaruzelskiemu w krwawe jatki w Polsce – bo ZSRR był bardziej odpowiedzialny i ludzki niż dzisiejsza Rosja, która jest słaba i chodzi na smyczy „ okreslonych sił na Zachodzie”.  Obrazy medialne oraz ogólny charakter informacji nt. rzekomego zdarzenia , którego nie było, zdołały swą olbrzymią nawałą informacji zagłuszyć racjonalne spojrzenie na wypadki związane z katastrofą. Do nawały gigantycznego zagłuszania włączono „tydzień żałoby” , gdzie w  akompaniamencie ustawicznie nadawanego neurotycznego fragmentu muzyki maglowano w koło fakty będące relacjami z relacji. W trakcie tego zacierano fakty niewygodne,  a podrzucano sfabrykowane. Prezydenta przywieziono w zalutowanej trumnie. Pochowano go bez sekcji zwłok w Polsce i identyfikacji ze strony uprawnionych przedstawicieli władzy państwowej. Aby i to kolejne przestępstwo zamaskować, ustalono pochówek na Wawelu, który swymi kontrowersjami w kolejny już raz  odwrócił uwagę od istoty  problemu.

Powiedzmy dobitnie raz jeszcze, tam w „katastrofie smoleńskiej” żadnych faktów „lotniczych” nie ma. Nie ma dowodów na to, że samolot leciał i rozbił się w lesie koło lotniska w Smoleńsku. Tam nie było katastrofy nie było też i zabitych w tej katastrofie. Należy zauważyć bardzo proste i podstawowe fakty:

1. Nie ma ani jednego dowodu na to, że wypadek miał miejsce w rzeczywistości.

2. Nie ma ani jednego dowodu na to, że ktokolwiek z 96 ofiar rzekomej katastrofy opuścił terytorium Polski żywy.

Ad1.

1.10 Lotu samolotu Tu-154M 101,  na terytorium Rosji,  nikt nie widział.

1.11 Próby podejścia do lądowania Tu-154M 101, w Smoleńsku, nikt nie widział (Wiśniewski nie mówił prawdy twierdząc, że widział samolot, który lądował i natychmiast potem rozbił się – a był to samolot z polska szachownica. Takie spostrzeżenie w warunkach tam opisywanych nie jest możliwe).

1.12 Momentu rozbijania się samolotu, którego fragmenty wraku widzieliśmy, nikt nie widział.

1.13 Na miejscu położenia wraku – krótko po wybuchu, który opisał Wiśniewski – nikogo żywego lub martwego nikt nie widział .

1.14 Czarna skrzynka nie została zabezpieczona w jej oryginale na miejscu rzekomej katastrofy i jako taka nie stanowi dowodu w sprawie.

1.15 Odstępując tu od chronologii wydarzeń podajmy; startu samolotu TU-154M 101 z lotniska w Warszawie nikt nie widział. Podkreślmy tu dwa dodatkowe zagadnienia.

  • Nie jest znana godzina odlotu samolotu TU-154M 101 z  lotniska na Okęciu.
  • Fakt startu samolotu z lotniska w Warszawie nie może być dowodem na, że samolot ten opuścił terytorium Polski jako sprawny statek powietrzy (aerodyna). Rozróżniamy tu oczywiście sprawnie lecący samolot, od wraku tego samolotu transportowanego w częściach.

1.16 Ślady zniszczeń  środowiska – rzekomego miejsca katastrofy –  sugerują wręcz eksplozję wielu ładunków wybuchowych, które w ten sposób utworzyły pas zniszczenia lasu – wzdłuż rzekomego tragicznego przebiegu lądowania –  wlotu samolot w las. Śladów tych nie mógł dokonać spadający samolot. Zniszczenia podłoża  ściółki w lesie, a pokazane na pierwszych ujęciach filmu Wiśniewskiego  świadczą właśnie o tym. Odsłaniają one  błąd w inscenizacji. Film Koli wykazuje zaś odwrotność, że tamta druga część lasu (wrak podwozia) jest nienaruszona, czym dobitnie świadczy o podrzuceniu tam skrzydeł i podwozia głównego. Gdyby bowiem fragmenty te odpadły od rozbitego samolotu to ślizgając się po podłożu zniszczyłyby to podłoże – tak właśnie jak na na filmie Wiśniewskiego. Też widać tu  błąd w inscenizacji. Samolot miał rzekomo nadlecieć od strony kamery Wiśniewskiego a spaść po stronie kamery Koli. Konsekwentnie więc; tak sfilmowane  zniszczenia otoczenia powinny narastać a nie maleć. Licząc od kamery Wiśniewskiego do kamery Koli. Samolot  bowiem, który leci na trawami bagien nie może tych traw zniszczyć na pasie o szerokości 20-40 metrów i długości 100 metrów prawie – co widać u Wiśniewskiego. Fragmenty wraku,  ślizgające się po gruncie,  muszą zniszczyć wszystko na swojej drodze, zanim się zatrzymają – czego nie widać u Koli. Czyli: film Wiśniewskiego powinien ukazać ograniczoność zniszczenia środowiska – tak ja u Koli. U Koli zaś powinno być widoczne pobojowisko takie jak na filmie Wiśniewskiego. Jest zaś odwrotnie.

1.17 Obrazy pokazywane na miejscu sugerowanego wypadku tupolewa nie bilansują części wraku jako całości samolotu, z którego fragmenty te mogłyby powstać. To dodatkowo bez przesądzania o tym, czy części tego wraku powstały skutkiem wypadku katastrofy lotniczej, czy też pochodziły od samolotu, wcześniej, celowo rozbitego za pomocą maszyn specjalistycznych. Bez przesądzania także o tym, czy fragmenty te pochodziły od jednego samolotu czy od wielu.

1.18 Fotografia składowiska wraku tupolewa 154 pokazywanego przez oficjalna stronę MAK jest prowokacyjna wręcz (nie wiadomo czemu ma to służyć).

  • Ukazuje jedynie ok 40% samolotu jako całości.
  • Brak tam 80% kadłuba w tym kabiny pilota w 100%.
  • Brak foteli w 100%
  • Brak podłogi wewnętrznej w prawie 100%.

Zdjęcie ukazuje – tak jak w lasku – marginalne zniszczenia statecznika pionowego co jaskrawo przeczy tezie o lądowaniu na plecach. Dodatkowo statecznik poziomy prawy stawia znaki zapytania co do swego pochodzenia. Cześć ogonowa – podobnie jak statecznik pionowy – nie wykazuje uszkodzeń potwierdzających wersję uderzenia o ziemię.   Fragment ten jest tak oddzielony od części kadłuba, że wskazuje dobitnie na działanie sił odrywających (wzdłużnych do osi) – sprzecznych z teza o oderwaniu tej części konstrukcji jako skutku uderzenia w ziemię. Siły wzdłużne do osi mogą być dowodem explozji. Tak samo o explozji świadczą oderwane materiały termoizolacyjne (na filmie Wiśniewskiego białe kłęby rozrzucone na długo przed  szczątkami zalegającymi szczątkami kadłuba i ogona)

1.19 Lądowisko i rozbicie odbyło się w lesie. Podczas kiedy części wraku leża na polanie. Polanę łatwo rozpoznać na zdjęciach satelitarnych z daty przed 10 kwietnia 2010. Co za zbieg okoliczności.

1.20 Części wraku, szokująca poprawność – systematyka – ułożenia:

  • cześć ogonowa kadłuba – do góry nogami – tyłem do kierunku lotu Dodatkowo ogon ten leciał do tyłu co widać po charakterze wbicia się w
  • ziemię.
  • część przyogonowa kadłuba – do góry nogami – tyłem do kierunku lotu
  • skrzydło lewe (podwozie) – do góry nogami – tyłem do kierunku lotu
  • skrzydło prawe (podwozie) – do góry nogami – tyłem do kierunku lotu
  • skrzydło prawe (końcówka) – do góry nogami – tyłem do kierunku

1.21 Części kadłuba wykazują wyraźnie efekt – explozję, co widać na  „wyplutych” zawartościach kabin: okładzin kable etc. Fragmentu wraku autentycznej katastrofy lotniczej są rozrzucone a nie rozdmuchane tak jak to było widać na filmie Wiśniewskiego  i  kilku fotografiach.

1.22 Rozwleczone fragmenty samolotu i połamane drzewa miały świadczyć o fakcie katastrofy i jej przebiegu. Są jednak dowodem na fikcje katastrofy i jej prymitywną inscenizacje. Samolot nie mógł na tak długiej trasie gubić swe elementy konstrukcyjne, tracić część skrzydła, opadać, lecieć pod górę zbocza, przeskoczyć drogę samochodową przewrócić się na plecy i potem rozbić się – to równocześnie w trakcie jednej i tej samej katastrofy. Podobnie, ułamane wierzchołki drzew, które wciąż wiszą na drzewie – a jest tego wiele przypadków. Jak to możliwe, że uderzenie samolotu z prędkością 250-300km/h pozwala na to aby odcięta skrzydłem korona brzozy pozostała na swym miejscu? Normalnie powinna rozpaść się w proch nie do rozpoznania, a tu wisi i ma być dowodem katastrofy lotniczej.

1.23 Elementy podłużnic kadłuba przechodzące z kadłuba na część ogonową – via wręga – są równo odcięte na prawie całym obwodzie przekroju kołowego ogona. Świadczy to sile osiowej, która oderwała ogon od kadłuba – a wiec wybuchu , co wyżej nadmieniano. Dodatkowo wygląd tych uszkodzeń może być podstawą do podejrzeń o to, że podłużnice te zostały przecięte piłą lub podobne.

Ad2.

2.10 Osób wchodzących na pokład tupolewa w Warszawie nikt nie widział. Boardingcard (karta pokładowa) nie była podawana osobom mającym wchodzić na pokład tupolewa, a jej oderwany odcinek, jako dowód wejścia na pokład samolotu Tu-154M 101, nie istnieje.

2.11 Odprawa celno-paszportowa członków delegacji w Warszawie  w dniu 10 kwietnia  nie miała miejsca. Min Arabski, który organizował odlot do Moskwy rodzin ofiar – po 12 godzinach od czasu ogłoszenia katastrofy nie posiadał „aktualnej listy ofiar”.

2.12 W Smoleńsku nie potrafiono podać nawet godziny uderzenia TU-154M 101 w ziemie. (Nie ma zatem też mowy o jakimkolwiek świadectwie zgonu jakiejkolwiek osoby – ofiary katastrofy –  jako dokumentu spełniającego jakieś normy formalne).

2.13 Nie było jakiejkolwiek pracy ratowniczej nad wyszukiwaniem ofiar.

2.14 Nie było pożaru.

2.15 Władze Smoleńska podały, że samolot rozbił się ze 132osobami na pokładzie.

Wszystkie osoby zginęły. Duża cześć ofiar zginęła w ogniu i zwłoki są nie do rozpoznania. Wiadomość podano niemal natychmiast po alarmie.

2.16 Jak nie było akcji wyszukiwania ofiar, które mogły przeżyć katastrofę, to prawie natychmiast zaczęto zwozić trumny.

2.17 Nigdy nie podano, gdzie i jak odnajdowano ciała poszczególnych ofiar.

2.18 Można nawet przypuszczać, że ciała wielu zamordowanych pozostały w Polsce, a do Moskwy wysłano materiał DNA pobrany od rodzin ofiar, który to kod następnie podrzucono do obcych ciał. Kodów DNA ofiar nie wysłano bowiem do Polski celem weryfikacji ale odwrotnie zażądano pobrania takich od rodzin.

Jakież są to zatem części wraku, skąd pochodzą? Nie wiemy, a to jest mniej istotne. Chociaż przypuszczalnie jest tu jakiś związek fizyczny lub pojęciowy polskim tupolewem 101. Biorąc pod uwagę ograniczenia czasowe – konieczność nakładu pracy ok 2-3 godzin na to aby normalny samolot typu TU-154M doprowadzić do takiego stanu jak to pokazano w TV – jest całkowicie uzasadnione stwierdzenie mówiące, że samolot z którego sporządzono te szczątki (70 minut lotu) nie mógł znajdować się na lotnisku w Warszawie o godz 7.00 krytycznego dnia. Powtarzając to co podano na wstępie  można przyjąć, że:

  • Szczątki pokazywane w telewizji (Smoleńsk) pochodziły z samolotu bliźniaka, który został przemalowany na samolot 101.
  • Alternatywnie: są to szczątki prawdziwego samolotu 101 podczas kiedy bliźniak samolotu 101 znajdował się w Warszawie krytycznego dnia ok godz 7.00 i odleciał z Okęcia do Smoleńska, podczas kiedy prawdziwy samolot 101 był już na miejscu w Smoleńsku, gdzie  przerabiano go na wrak upozorowanej katastrofy lotniczej.

Tu możliwe jest nawet i to, z Okęcia nie wyleciał jakikolwiek samolot typu tupolew jako typ samolotu. Wystarczy, że coś wyleciało a to zafałszowano na start Tu-154M 101. Posuwając się dalej można podejrzewać, że samolot taki z Warszawy Okęcie w ogóle nie wystartował – bo go tam – FIZYCZNIE – nie było. Jest jednak wpisany rejestrach startu i lotu. Lub też był i wystartował ale o kilka godzin wcześniej – gdzie zafałszowano jedynie godzinę odlotu. Taka mistyfikacja jest możliwa w czasach techniki digitalnej. Pewne informacje nt. sygnałów lub ich braków można zafałszować droga działań hackerskich. Tego nie da się wykluczyć.

Należy zauważyć i podkreślić: Wszyscy obserwatorzy medialni zgodni są co do tego, że odlot ten z Okęcia jako zupełny wyjątek odbył się bez jakichkolwiek świadków, którzy do tamtego dnia zawsze towarzyszyli odlotowi samolotu z prezydentem na pokładzie. Do dnia dzisiejszego godzina odlotu nie jest nigdzie oficjancie opublikowana

Zachodzi tu pytanie, co zatem stało się załogą i pasażerami? Otóż są przesłanki wskazujące na to, że osoby te zaginęły lub zostały zamordowane przed dotarciem do lotniska, czy samolotu.

Tym tłumaczyć można brak ciał -pierwsze godziny- w Smoleńsku (Wisniewski, Bahr i inni), tym tłumaczyć można także wielkie mistyfikacje związane z obdukcją i identyfikacją zwłok – konieczność pobrania kodu DNA od członków rodzin. I nie po to, aby na podstawie tych  kodów pozytywnie zweryfikować ciała ofiar ale po to aby ten prawdziwy kod DNA podrzucić obcym zwłokom (zmasakrowanym do niepoznania).  Niezrozumiałe dla rodzin ofiar warunki obdukcji, przesłuchań. Zwrot osobistych przedmiotów ofiar, które to przedmioty swym stanem zewnętrznym w żaden sposób nie pasowały do totalnie zniszczonych części wraku tupolewa. Podawanie naiwnych wręcz faktów o rozmowach telefonicznych ofiar z pokładu tupolewa, gdzie ofiary te dodzwoniwszy się do kogoś wypowiadały jakąś formułkę powitalną po czym nie odpowiadały na pytanie, bo rozmowa została przerwana. Np. Jarosław Kaczyński zeznał, że Lech Kaczyński dzwoniąc do niego o godz 6.00 rano poradził mu aby ten się przespał. Radę taką daje się wieczorem, a nie na początku dnia. Może to wskazywać, że właśnie wtedy słowa te były nagrane a prezydent już był w rekach zamachowców i jako poddany  działaniom narkotyków – nagrywał frazy, które były mu dyktowane przez zamachowców. Długotrwały brak informacji co do identyfikacji bardzo dużej liczby ofiar wypadku w tym brak ciał pilotów. Brak listy boardingowej u min Arabskiego aż na kilkanaście godzin po „katastrofie” etc.

Reasumując.

W dniu 10 kwietnia 2010, do tupolewa, nikt z członków delegacji katyńskiej  nie wsiadał w każdym razie żywy lub przytomny. Zwłoki ofiar dowieziono do Rosji później i to nie wszystkie. Okoliczności  startu samolotu są   całkowicie niejasne. Katastrofy  Tu-15M 101 w Smoleńsku nie było – widzieliśmy jakieś szczątki samolotu i to nie kompletne. Szczątki te pochodzę z demontażu i podrzucenia do lasku i tam wysadzono to wszystko powietrze. Zrobiono to bardzo nieudolnie. A co zauważył Shoigu w trakcie rozmowy z Putinem. Shoigu powiedział to do Putina przez zęby ale kamery TV ten moment złapały.

Zamach był przeprowadzony po polskiej stronie, a inscenizacja rzekomego wypadku przypadła stronie rosyjskiej. Zaplanowano, że wydarzy się spektakularny wypadek lotniczy na terenie Rosji. To celem – „oddania śledztwa w ręce Rosjan”. W ten sposób cały ciężar dowodowy pochodzi z Rosji, która jest niczym innym jak „pralnia faktów i dowodów”. To na takiej samej zasadzie jak pralnia pieniędzy wśród przestępców. Wielka dumna Rosja praczką brudów polskojęzycznej szumowiny.

Coż zatem czynić?

To proste, należy składać do polskiego aparatu ścigania żądania o wszczęcie śledztwa ws zaginięcia osób ofiar członków delegacji do Katynia w dniu 10 kwietnia 2010 lub dzień wczesniej. Polski aparat ścigania musi   wszcząć postępowanie wyjaśniające w sprawie zaginięcia tych 96 osób. Fakt bowiem , że ciała tych ofiar  widziano w Rosji nie uzasadnia do mniemania, że osoby te zostały pozbawione życia w Rosji. Jest absolutnie zasadne wymagać  aby polska prokuratura udowodniła, że osoby te żywe i z własnej woli opuściły terytorium Polski. Należy zbadać cała drogę osoby zaginionej od momentu rozstania się z bliskimi do momentu opuszczenia terytorium RP. Tu jest ta wielka tajemnica. Poruszenie tego kamienia ujawni prawdę. A to moga zrobic nawet blisc ofiar, ważne jedynie aby nie robic tego samotnie a wszelkie dane wykładać natychmist w sieci.

Krzysztof Cierpisz

100728

+++

†††††††††††††††††††††††

Rosjanie z góry wykluczyli błąd wieży

13.4.2010

Wciąż nie ma dowodów wskazujących jednoznacznie na przyczyny katastrofy samolotu Tu-154 M. Rosjanie dopiero wczoraj zabezpieczyli resztki wraku na lotnisku Siewiernyj, jak się okazało, z ciałami

Od katastrofy prezydenckiego TU-154 minęło ledwie kilka dni, śledztwo w tej sprawie potrwa na pewno jeszcze wiele tygodni, może nawet miesięcy, a strona rosyjska już wykluczyła awarię maszyny. I twierdzi, że do katastrofy miała rzekomo przyczynić się lekkomyślność polskich pilotów i brak znajomości języka rosyjskiego, co utrudniało kontakty z wieżą kontroli lotów. Takie przesądzanie sprawy dziwi ekspertów.

†††††††††††††††††††††††††††

Nie ufaj mediom nawet gdy wyciskają łzy

††††††††††††††††††††††††††††

Naród Polski w głębokim szoku – lista pytań rośnie

W dniu dzisiejszym o godz. 8.56 prezydencki samolot TU 154 rozbił się niedaleko wojskowego lotniska w Smoleńsku. Wszyscy pasażerowie wraz załoga zginęli. Lecieli na obchody 70-lecia Zbrodni Katyńskiej.

Zginął Prezydent Polski Lech Kaczyński z małżonką, zginęła część elity politycznej Polski, zginęli wysokiej rangi duchowni i oficerowie Wojska Polskiego, w tym Szef Sztabu Generalnego oraz dowódcy wszystkich rodzajów sil wojskowych w Polsce jak i Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Zginął Szef IPN i przedstawiciele rodzin katyńskich.

Na pokładzie było 88 pasażerów oraz 8-osobowa załoga samolotu. Wiadomości nie są jak na razie dokładne. Media podają informacje o 96 ofiarach katastrofy.

Nie ulega wątpliwości, iż jeszcze nigdy we współczesnej historii Polski i świata nie zdarzyła się tego typu tragedia, w której aż tak dużo czołowych osobistości państwowych jednocześnie zginęło. Nie można sobie nawet wyobrazić, jak wielkie znaczenie dla Polski i Świata ma ta katastrofa.

Jest to przede wszystkim wielka tragedia rodzin i przyjaciół ofiar katastrofy oraz wielki szok dla narodu polskiego. Bardzo symbolicznym jest fakt, że do katastrofy doszło w pobliżu miejsca gdzie 70 lat temu została zamordowana polska elita intelektualna.

Oto co udało nam się zebrać z chaotycznie przekazywanych przez media informacji:

– We wczesnych godzinach rannych do lądowania na lotnisku w Smoleńsku podchodzi transportowy IŁ. Samolot dotyka płyty lotniska, lecz dostaje rozkaz opuszczenia pasa i lądowania na innym lotnisku.

– Około godz. 8.40 Polski samolot rządowy próbuje lądować. Podchodzi 4 krotnie do lądowania. Przy 4 próbie, o godz. 8.56 samolot znajduje się na wysokości kilkunastu metrów, mając niewłaściwą pozycję – 70 metrów na bok od osi pasa startowego, choć na początku podawano iż samolot rozbił się w odległości 2 km od pasa do lądowania. Dziwne jest to ze szczątki samolotu rozrzucone są na odległość 1 km od miejsca katastrofy, choć leciał tuz nad drzewami. Samolot wykonuje nie wytłumaczalny skręt, przez co zahacza o antenę naziemną i stojące obok drzewa, co doprowadza do katastrofy. Samolot staje w płomieniach.

– Świadek zeznaje, iż pożar był niewielki a wybuchu nie słyszał. Słyszał jedynie głuchy stuk.

– O godz. 9.36 pożar zostaje ugaszony.

– Polski reporter przypadkiem znalazł się na obrzeżach lotniska w 10 minut po katastrofie. Zaczął nagrywać przyjazd wielu rządowych samochodów (w 10 minut po katastrofie!). Kierując się przeczuciem ukrywa taśmę z nagraniem. W kilka minut później zostaje zatrzymany pod pretekstem nieważności wizy. Pracownicy służby bezpieczeństwa chcą mu odebrać sprzęt ale przekonuje ich, ze nie miał taśm do nagrywania. W kilka godzin później zostaje zwolniony.

– Godz. 9.41 – rosyjskie media informują o katastrofie oraz że nikt nie przeżył.

– Prezydent Miedwiediew powołuje specjalną komisję, mającą zbadać przyczyny katastrofy. Komisji przewodzi osobiście premier Putin. Jednocześnie rozpoczyna się śledztwo prokuratorskie, z paragrafu mówiącego o naruszeniu przez pilota samolotu bezpieczeństwa lotu (sic!).

W całej tej sytuacji są same tylko niejasności i powstaje coraz więcej pytań, na które należy jak najszybciej odpowiedzieć:

1. Nieznane nam są przypadki aby służba bezpieczeństwa dopuściła do wspólnego lotu Prezydenta, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego i całego szefostwa sztabu oraz ważnej części elity politycznej. Kto i dlaczego na to pozwolił?

2. Dlaczego rosyjskiemu samolotowi zakazano lądowania mimo, że już znajdował się na płycie pasa do lądowania a polskiemu samolotowi dano wybór?

3. Wojskowe lotnisko w Smoleńsku spełnia wszystkie rosyjskie normy lotnicze. Mówi się jednak o braku najnowszych urządzeń naprowadzających. Nie znaczy to jednak, że nie ma ich tam w ogóle. Są boje naprowadzające i radary oraz jest komunikacja z wieżą lotów. Jak w takim razie samolot mógł się znaleźć aż 70 metrów z boku pasa do lądowania?

4. W mediach podaje się wiadomości o słabej widoczności. Relacje telewizyjne z miejsca wypadku pokazują jednak, iż była ona na tyle dobra aby kręcić materiał z odległości nawet kilkuset metrów. Pilot nie mógł nie widzieć drzew i anteny naziemnej. Co się w takim razie stało?

5. Dlaczego władze Rosji tak pospiesznie informują o błędzie jednego z najbardziej doświadczonych z polskich pilotów, od razu wszczynając śledztwo z odpowiedniego paragrafu?

6. W końcu ostatnie pytanie – jak to możliwe żeby samolot znajdujący się na wysokości zaledwie kilkunastu metrów tak doszczętnie się rozbił? Drzewostan w okolicy jest rzadki i z niewielkimi drzewkami. Co przyczyniło się aż do takiej skali katastrofy? Niedawno w Holandii zdarzył się podobny wypadek i prawie wszyscy ocaleli.

W naszych mediach kładzie się duży nacisk na “godne podziwu” zachowanie Miedwiediewa i Putina, którzy jako pierwsi to i jako pierwsi tamto, jednocześnie pomijając czy też bagatelizując powyższe fakty. Zaledwie 2 godziny później inny świadek mówi już o dużej kuli ognia, gdzie jednocześnie z miejsca wypadku relacjonuje się, iż pożar ugaszono błyskawicznie… Informacje są rażąco sprzeczne. Miejmy nadzieje, iż tym razem prawda wyjdzie na jaw. Jest to tak dla nas – Polaków – bardzo ważne jak i jest to ważne dla całego świata. Konsekwencje tego, co się stało mogą być dużo bardziej znaczące niż przypuszczamy. […]

…………………………

Komentarze pod tym artykulem na newworldorder.com.pl

  1. Mukti 2010-04-12 10:47:40

    W sobotę podróżowałem samochodem i miałem włączoną jak zawsze stację RMF FM. Było już dobrze po 18.00 kiedy zaprezentowali wywiad z mieszkańcem Smoleńska. Gość opowiadał, że był w tym czasie w garażu w pobliżu lotniska. Usłyszał potężny ryk silników samolotu i później huk związany z katastrofą. Nic w tym intrygującego, jednak jedno zdanie utkwiło mi w pamięci. Kiedy ta sytuacja miała miejsce to zgasło u niego w garażu światło i nie miał prądu. Po chwili wszystko powróciło do normalnego stanu. Mieszkałem kiedyś w pobliżu lotniska wojskowego i nie raz było tak, że MIGi startowały z lotniska i w ramach testów silników pionowo wznosiły się na wysokie pułapy. Jeśli ktokolwiek był światkiem takiej sytuacji to wie jak potężny jest wówczas ryk silników. Jednak nigdy nie zdarzyło się, aby gasły nam światła. Może jednak coś w tym wszystkim jest nie do końca prawdziwe?

    Trochę już polatałem w swoim życiu i lądowałem w różnych warunkach, nawet o kiepskiej widoczności, a piloci być może byli nawet mniej doświadczeni od pilota rządowego samolotu. Jednak nigdy nie było większych problemów z posadowieniem maszyny nawet przy słabej widoczności. Lądowałem w Bangkoku przy silnej burzy z piorunami i też nie było większych problemów. Sam nie wiem co o tej sytuacji sądzić.

  2. Admin 2010-04-12 10:59:09

    Pyt: No, ale co było dalej? Oni przerwali łączność?

    Kont: Nie, dlaczego? On długo był połączony.

    Pyt: Co mówili?

    Kont: To czego od nich chciałem. Oni najpierw informowali, a potem przestali dawać jakąkolwiek informację…

    Pyt: Przestali słuchać Pana poleceń?

    Kont: Oni powinni podawać KWIT (wysokość), ale go nie przekazywali.

    Pyt: A co to jest KWIT?

    Kotn: To są dane o wysokości przy podchodzeniu do lądowania.

    Pyt: Oni nawet nie podawali Panu informacji o wysokości, na której był samolot?

    Kont: Nie podawali.

    Jak już to zauważył None na forum, coś musiało się wydarzyć w kabinie pilotów. Zastanawiające jest to nagłe zerwanie łączności z wieżą kontroli. Choc z tego wywiadu wynika, że wcześniej przekazywali wszystkie informacje.

†††††††††††††††††††††††††††

Bratanek Jakuba Bermana, kata Polaków, Marszałek Sejmu Komorowski zostaje z automatu prezydentem

From: Stan Tyminski
Sent: Monday, April 12, 2010 3:17 AM
Subject: RE: Prezydent Polski nie zyje

Pan Plk. Makowiecki jak zwykle ma racje. Nieliczny glos rozsadku.

Znowu Uklad  zmusza Polakow do oddania holdu zdrajcy Polskiej Racji Stanu na ktorego byli ukierunkowani glosowac.
Komu Lech Kaczynski zostawil w spadku majatek, ktory dostal za wspolprace jako KOR-owski uczestnik Okraglego stolu.
Jak Uklad powie A to musi byc B a wiec teraz Polscy musza oflagowac caly kraj.  A ja flagi nie powiesze i chce aby ten pyszalkowaty karzel smazyl sie w piekle do konca swiata. Nie tylko Niebo czeka na nas Katolikow… A wiec prosze sie uwaznie przyjrzec, kto robi z niego teraz bohatera.

Dr. Marek Glogoczowski dokumentuje ze to charakterystyczna nienawisc zabila tego kurdupla i jego swite:
Katyń I (1940) i Katyń II (2010): “ZABIŁA ICH WŁASNA NIENAWIŚĆ”.
Bardzo ciekawe są wpisy na http://www.prawda2.info. cytuję je poniżej:
…………………….
Edward Makowiecki do Henryk 11.4.2010
Szanowny Panie Henryku, Bratankiem Jakuba Bermana jest b. marszałek sejmu Marek Borowski.
Zresztą to w tej sprawie jest bez znaczenia bo wszyscy wyniesieni do najwyższych urzędów w Polsce i nad Polakami mają >własciwe < pochodzenie.
Oczywiście teraz będzie wiele spekulacji mających różne motywacje.
Panie Henryku
Spotkaliśmy się i Pan o mnie wiele wie. Podobnie jak kilka osób nam znanych ,a rozrzuconych po całym świecie. W Kanadzie też.
Jak Pan zauważył, mimo wielkiego zbliżenia z osobami duchownymi z racji wykonywanego przeze mnie zawodu, uczestniczenia od ponad ćwierćwiecza w projektowaniu kościołów i remontów starych zabytkowych, uczestniczenia w celebrach poświęcających i innych spotkaniach z hierarchami ja nie jestem dewotem. Nie demonstrowanie polskim zwyczajem pobożności na zewnątrz wynika z mojej natury. Wyglądało by to śmiesznie gdyby człowiek składający rączki i przewracający obłudnie gały ku niebu w określonych sytuacjach, dla oddania prawdy i dla otrzeźwiania obłudników przeklinał siarczyście .
Ja za rozmowę z Bogiem uważam moją cichą modlitwę w kąciku domu i kościoła ( kiedyś stawałem tam będąc członkiem PZPR i czerwonym pułkownikiem LWP aby nie prowokować sprzedawczyków, a dzisiaj aby nie nobilitować siadających w pierwszych ławach tychże samych ale już obłudników).
Ja głęboko wierzę w Boga i przekazane mi w dzieciństwie nauki Jezusa Chrystusa, które zawsze pogłebiałem chwilą czytania i myślenia traktując to jako taka swoistą terapię po dniach ciężkiej , odpowiedzialnej pracy.
Przez swoją przekorna naturę popadałem w życiu w wielkie tarapaty i ja nie mający odwagi Boga prosić o ratunek, a tylko dziękujący za przeszłe ocalenia z takich tarapatów jak dotąd wychodziłem nie przegrany.
W dzisiejszym, dalece zżydołaczonym Kościele Katolickim nie mówi się prawie o Bożej Karze, a papa się non stop o bezmiarze Boskiego Miłosierdzia, ani wspominajac o warunkach uzyskania tego Bożego Miłosierdzia.
Ja pomny jestem zawsze, że Pan Bóg wcześniej czy później ukróci butę, pychę, wynoszenie się nad innych każdego z nas ( ś.p. Ojciec mawiał: pamiętajcie, że w życiu ile szczęścia tyle łez)
Ja pomny jestem zawsze, że Pan Bóg jeszcze tutaj na ziemi jak nie nas to dzieci nasze ukarze za:
– każdą i każdym sposobem popełnioną zbrodnię, przelaną krew drugiego człowieka
– wycisnięte łzy rozpaczy , a szczególnie łzy rozpaczy dzieci, matek i starców
– każdy fałsz krzywdzący drugiego człowieka
Panie Henryku
Powyższe mając na uwadze ja uważam, że w tym przypadku nie wchodzą w grę jakieś tam spiskowe teorie i użycie nadzwyczajnych technik, że nawet stary TUPOLEW nie był sprawcą.

To Bóg pokazał, że jest w Niebie i zaprowadza Boży Ład na Ziemi.

Aby do tego doszło i w zdarzeniu mogło uczestniczyć wyjatkowe towarzystwo Pan  Bóg odebrał rozum wielu ludziom.
Pan naładowanie do jednego samolotu tylu osób funkcyjnych państwa, a inni podjęcie dezyzji o lądowaniu wbrew zasadom nazywacie polskim szwoleżerstwem, a jest to nic innego jak odebranie rozumu wyjątkowemu towarzystwu po to aby je ukarać przykładnie.
Z buty, pychy, zarozumiałości, obłudnego sposobu na zbijanie kapitału politycznego wynikła ta wycieczka bo dla oddania hołdu zamordowanym, na pokazanie jedności Polaków był stosowny czas, jeden termin.
To buta, pycha, zarozumiałość i niepospolita obłuda małego, podpuszczanego przez takichże samych kurdupli albo porażonych downdyzmem wielkoludów doprowadziła do pokazania całemu światu skłócenia bandy rządzącej Polską i Polakami.
Te przywary wpłynęły na drugi demonstracyjny pobyt w Katyniu, a wyjatkowe włazidupstwo tego towarzystwa na to że zebrało się ono wbrew ustalonym zasadom, wbrew standardom i normalnej logice w jednym samolocie – bo w mniemaniu małych ludzi nie lecieć z prezydentem to nie być najważniejszym po >bogu<.
Pomnij Pan na to jaką butę, pychę i zarozumiałość demonstrowały non stop te otaczajace małego Kaczynskiego kukły.
Z jaką obłudą to towarzystwo skojarzone przecież z jedną z żydołackich frakcji w KGB/GRU , a teraz w CIA/MOSAD demonstrowało nienawiść do Rosjan stale dopominając się przeprosin od Rosjan dla zamaskowania winy żydołaków.
Jednym pociagnięciem Dobry Bóg ukrócił te przywary tejże niby elity i sprawił, że do Moskwy z łaski Rosjan dojechała  w stanie marnym.

Pomnij Pan ile w tym towarzystwie osób odpowiedzialnych za :
— wciagnięcie Polski i Polaków w wojny przeciwko narodom nam przyjaznym i naprawdę nic nie winnym, a nawet w przeszłosci nam pomagajacym
— wydanie wywiadom CIA/MOSAD tysięcy oficerów wywiadu Iraku, inżynierów sprzyjających Sadamowi by skazać tych ludzi na okrótne tortury
— postępowanie żołnierzy WP na tych wojnach nie licujące z godnościa i honorem Polaka w mundurze ( inna sprawa, że ubrano tych najmitów w kombinezony morderców)
— morze łez dzieci, matek Irakijek i Afganek
— śmierć i kalectwo setek tysięcy ludzi winnych tylko tego, że bronią swojej religii, ziemi i kultury
Panie Henryku
Pisałem o tym wiele na forum Polski Zbrojnej i na innych forach gdzie byłem opluwany perfidnie, a potem blokowany.
Pisałem, że za atak na afgańska wieś sądzeni są żołnierze kiedy tak wałśnie kazał im zademonstrować siłę kurdupel Szczygło.
Przed tymi wojnami ostrzegał Jan Paweł II mimo swojej teorii dziwnego ekumenizmu i swojej dziwnie demonstrowanej przychylności żydołactwu wiedząc, że są to wojny prowadzone wyłacznie w żydołackim interezie.
Wielu ludzi z tej wycieczki to skrajni obłudnicy z jednej strony podpierajacy się Janem Pawłem II , a zdrugiej strony demonsrujacy zupełną ignorancję dla Bozych Zasad i Nauk Jana Pawła II.
Jednym pociagnięciem Dobry Bóg zgładził ludzi winnych zbrodni na niewinnych o zbrodniach popełnionych na nas Polakach nie bedę tutaj pisał.

Czasem dla nas ludzi nie zrozumiałe jest to dlaczego przy takim wymierzaniu Bożej Sprawiedliwosci cierpią niewinni, cierpią dzieci.

W tej wycieczce też z pewnościa takie osoby by znalazł ale oprócz tamtych winnych buty, pychy, zarozumiałości i zbrodni brał w niej udział cały tabun winnych co najmniej zaniechania działań odwodzących od zbrodni, a nawet winnych łamania zasad Kościoła przez przemilczanie zbrodni bądź jej wręcz uświęcanie Mszami odprawianymi dla przypodobania się sprawującym władzę albo w miejscach zbrodni.

Dzisiaj tak wielu rozpływa się w żalach i podnosi zasługi ludzi nad trumnami, których powinna zapaść kurtyna milczenia po wyraźnym sygnale najwyższych hierarchów polskiego Kościoła, że to Boży Znak, Boża Kara i że nalezy to traktować jako ostrzeżenie dla pozostających u władzy przecież tamtym podobnych.
W tych żalach i w tych obłudnych chwalbach prym wiodą hierarchowie, którzy dawno stracili twarz przez jak nie SBecką to żydołacką usłużność, wypowiadają się tak samo uzależnieni politycy, a już przekomicznie brzmią wypowiedzi > intelektualisty< Wałęsy i jego żale, że takiej elity Polacy nie odbudują za wiele lat.
Ja powiem krótko – takie elity oby jak najszybciej trafił jasny szlag.
Polski Naród, Polacy i Polska ma tysiące ludzi mądrych, wykształconych, zdolnych służyć Bogu i Ojczyżnie ale zło, żydołactwo jest krzykliwe, bezczelne, wspierane przez światowe zło i z takim bagnem przegrywają ludzie wrażliwi, mądrzy.

Pozdrawiam – ppłk o dotąd złośliwie i przestępczo nie ustalonym statusie Edward Makowiecki

………………………
Henryk do Edward Makowiecki 10.4.2010
Witam,  System EISCAT w Nowegii nalezy do UE pod patronatem W. Brytanii. http://archiwumlbc.w.interia.pl/780bron.htm
Polecam   to co powyzej najpierw…
Bratanek Jakuba Bermana, kata Polakow,  Marszalek Sejmu Komorowski  zostaje z automatu prezydentem……

P/S  w “ cywilnych “   korporacjach prezes, glowny ksiegowy i techniczny NIGDY nie leca  jednym samolotem. A tu polskie szwolezerstwo ….>>>>   prawie 90% glowy panstwa  RAZEM???? ( i  to po naucze smiertelnej  wojskowej katastrofy  lotniczej, gdzie zginal czlowiek przeciwny opanowaniu Polski przez Manhattan?)
Pozdrawiam, Henryk
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,7752546,Polsat_News__Awaria_samolot_prezydenta.html

Nie wolno zapomniec o tym, ze tydzien temu Unia Europejska oficjalnie pozegnala Prezydenta Kaczynskiego !!!

††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††

Polskie służby miały obowiązek nie dopuścić do lotu prezydenta, polityków i generałów jednym samolotem

Aktualizacja: 2010-04-10 9:14 pm

O tym, że lista pasażerów była znana wszystkim od dawna; że polskie służby miały obowiązek nie dopuścić do lotu prezydenta, polityków i generałów jednym samolotem; o tym, że prezydent miał kilka dni temu postanowienie wyjazdu do Katynia pociągiem z wdowami i sierotami katyńskimi… – o tym wszystkim w rozmowie z Robertem Witem Wyrostkiewiczem mówi red. Anna Pietraszek, doradca zarządu Telewizji Polskiej w wywiadzie dla Portalu NaszaPolska.PL.

Jak to możliwie, że miała Pani listę pasażerów kilka dni przed tragicznym odlotem prezydenckiego Tupolewa?

Dostałam tę listę od młodych dziennikarzy, którzy prosili mnie o radę z kim przeprowadzić ewentualnie wywiady. Ta lista pasażerów krążyła po prostu ot tak, już od kilku dni, z maili na maile. Potem siedziałam w domu, to było w poniedziałek, i zastanawiałam się jak to możliwe, że ja mam pełną listę generałów, kapelanów, polityków, którzy lecą z prezydentem i że ta lista jest w obiegu. Wierzyć mi się nie chciało, że oni wszyscy są na tej jednej liście. Pomyślałam, że może będą rozdzieleni, że może to tylko lista obecności w Katyniu. Nie mogłam tego pojąć i niestety wziąć na serio. Generał Skrzypczak mówił niedawno w telewizji, że po wypadku Casy podkreślano wymóg bezpieczeństwa, że kiedy leci kilku dowódców to trzeba ich rozdzielać, a przecież z polskimi generałami leciał prezydent, nie tylko głowa państwa, ale zwierzchnik sił zbrojnych, osoba odpowiedzialna za całe bezpieczeństwo kraju! Trzeba teraz zwrócić uwagę na to jakim cudem znaleźli się w jednym samolocie generałowie, politycy i sam prezydent? Jakim cudem ta lista krążyła od tak po Internecie? Jakim cudem!? Czy nasz prezydent był tak kompletnie pozbawiony ochrony? Kto pracował nad tym, żeby on był tak nagi? Czy nikt nie myślał o ich ochronie?… Niemożliwe. To się samo nie stało.

Mówiła Pani niedawno o podróży prezydenta Kaczyńskiego do Katynia pociągiem. Razem z rodzinami katyńskimi. Taki wariant podróży potwierdził Pani również tragicznie zmarły w tej katastrofie minister Stasiak. Niestety w ostatniej chwili prezydent podjął decyzję lub ktoś go przekonał do lotu drogą powietrzną. Co Pani o tym sądzi?

Rozmawiałam niedawno z ministrem Stasiakiem. Rozmowa dotyczyła kwestii transmisji, które były planowane od dawna w Telewizji Polskiej. I to co powiem za chwilę mówię z pełną odpowiedzialnością jako doradca zarządu Telewizji Polskiej. Przez godzinę rozmawiałam z ministrem Stasiakiem. Przekazałam nie tylko swoje rady medialne, ale przede wszystkim doświadczenie. Robiłam bowiem pierwszą transmisję satelitarną z Katynia. Wymyśliłam ją i doprowadziłam do realizacji jako świeżo upieczona absolwentka Akademii Obrony Narodowej. Zresztą, gdybym nie skończyła akademii nigdy nie zrobiłabym tej transmisji i naraziła telewizję na wielkie niebezpieczeństwo. Teraz właśnie minister Stasiak pytał mnie o sprawy chronienia przekazu medialnego tam w Katyniu. Powiedziałam mu wszystko co mówiło mi moje doświadczenie; na co należy zwracać uwagę. Czego się strzec. I wtedy też odważnie zasugerowałam, żeby prezydent polejechał z wdowami katyńskimi pociągiem. Byłby to najbezpieczniejszy środek transportu. Po drugie, media mogłyby zobaczyć prezydenta, najważniejszego człowieka w państwie, który zauważył wdowy, sieroty katyńskie. Prezydenta, który byłby z nimi. Do tego pani Maria Kaczyńska, cudowny człowiek, który miał wspaniały kontakt z ludźmi starymi… Prezydent się zgodził. Dostałam informację, że prezydent podchwycił ten pomysł, że pojedzie z wdowami i sierotami katyńskimi pociągiem. Zaczęliśmy myśleć, żeby wysłać na bieżąco informacje z satelity z tej podróży prezydenta pociągiem do Katynia. Potem przyszła wiadomość, że tak go obsiedli, że jest decyzja, że poleci, a te wdowy pojadą same. Pomyślałam sobie, kolejny prezydent, który nie docenił wdów i dzieci katyńskich. Ktoś mu to odradził. Ktoś mu to odebrał… Ciekawe dlaczego?…

Jest Pani doktorantką Akademii Obrony Narodowej – Podyplomowego Studium Operacyjno-Strategicznego. Ukończyła Pani elitarne szkolenia NATO. Jak Pani ocenia fakt, że służby specjalne dopuściły do lotu jednym samolotem prezydenta, polityków, generalicji Wojska Polskiego i wielu najważniejszych osób w państwie?

Odpowiadam: to niemożliwe, żeby do takiej sytuacji dopuścić. Na rozum zwykłej absolwentki Akademii Obrony Narodowej, wiem, że to na logikę nie jest możliwe. Jeśli ktoś myślał nad przygotowaniem tego lotu, a zapewne myśleli różni ludzie, to ktoś myślał, żeby stało się tak jak się stało. Nie widzę innego wyjaśnienia. Komuś zależało, żeby tak się stało. Szef sztabu… dowódcy… niemożliwe. Ktoś nad tym myślał. Nie jesteśmy państwem głupków. Nie jesteśmy też wojskiem ciemniaków. Mamy służby specjalne i mamy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Mamy generałów z prawdziwego zdarzenia z nominacji natowskich. Nie jest możliwe, żeby taka głupota zawładnęła wszystkimi i żeby doszło do wysłania najważniejszych w państwie osób jednym samolotem.

Znała Pani wiele osób z listy pasażerów tragicznie zmarłych w wypadku samolotu Tupolew. Czy serce pomieścić może tyle strat na raz, w jednym momencie?

W sercu wszystko się może zmieścić. Tam jest cała miłość do Polski. Ale w głowie to mi się wszystko nie mieści (płacz). Żeby mieć takich wspaniałych ludzi i ich nie chronić… to kim my jesteśmy? To jaką my mamy policje, BOR, służby?

W chwili napływania informacji o tragedii była Pani w studio telewizyjnym, aby komentować zaplanowane wcześniej uroczystości w Katyniu. To było chyba najtrudniejsze studio telewizyjne w Pani życiu…

To była najprawdopodobniej moja najcięższa próba dziennikarska, żeby się opanować; żeby sprostać. Kiedy wchodziłam do studia układałam sobie w głowie ile trzeba mówić o księdzu Peszkowskim, kapelanie Rodzin Katyńskich. Chciałam, żeby o nim usłyszeli Polacy. Chciałam, żeby dotarło do ludzi, że apel pojednania i przebaczenia miał miejsce 15 lat temu, a nie podczas środowego spotkania Tuska i Putina. A o tej środzie premiera Tuska mogę powiedzieć, że to była czarna środa. Nie było ani jednego świadka Katynia. Nie wspomniano o księdzu Peszkowskim nawet słowem. A kiedy w czasie antenowym były wolne chwile i moje ekipy dobijały się, aby puścić materiał przygotowany o orędziu księdza Peszkowskiego do narodu polskiego wygłoszonym w kwietniu 1995 roku, do wszystkich polityków, do wszystkich dowódców, do całego narodu, to z telewizji przychodziła odpowiedź, że nie. A ciekawe dlaczego? Czyżby ksiądz Peszkowski miał odebrać splendory środowego wydarzenia? Dzisiaj chciałam o tym mówić w studio telewizyjnym.

Politycy, zwłaszcza Prawa i Sprawiedliwosci, generalicja WP, duchowni, prezes IPN, prezes PKO, naukowcy, dyplomaci… kwiat polskiego Narodu zginął w Katyniu – można powiedzieć – po raz drugi. Co dalej z Polską?

Popatrzmy chociaż tylko na Janusza Kurtykę, na pana prezesa IPN. Przecież to był młody człowiek, który połowę swojego życia dorastał do swej roli politycznej, wybitnej, wyjątkowej, trudnej. Te 20 lat młodości, to połowa jego życia. Odtworzyć takiego drugiego człowieka tego formatu, to kolejne 40 lat. I może znowu o to chodziło… Przecież teraz finalizują się śledztwa IPN. Finalizuje się sprawa zachowania istoty IPN, czy w ogóle istnienia Instytutu. Największe śledztwo IPN to śledztwo dotyczące zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki i zabójstw dziesiątek innych księży. Było przecież komando, które mordowało księży. Mieliśmy nadzieję, że to śledztwo zostanie skończone przed beatyfikacja księdza Jerzego. Ale nie ma prezesa Kurtki… Czy to przypadek? 2 września 1999 roku wyszłam ze szpitala w Aninie, gdzie leżał ciężko chory ksiądz Peszkowski. Nie wiadomo było czy przeżyje. Znalazłam się w takim miejscu, gdzie fetowano sukcesy pana Komorowskiego. Miał swoje święto. I tam spotkałam oficera Urzędu Ochrony Państwa. Nie powiem czy mężczyznę czy kobietę. Ten oficer UOP wziął mnie na słowo i zapytał: “To jak ten Twój ksiądz? Żyje jeszcze?” Powiedziałam mu, że martwimy się bardzo czy przeżyje do rana. Usłyszałam wtedy coś strasznego. Oficer UOP powiedział: “Niech zdycha. Niech zdycha ten czarny, co nam tylko przeszkadza”. Nigdy tych słów nie zapomnę. Oficer UOP… 99 rok… Więc jaką my mamy wolną Polskę? Jaką my mamy wolną Polskę, kiedy teraz ich wszystkich już nie ma?

Dziękuję Pani za rozmowę

Rozmawiał Robert Wit Wyrostkiewic
z

†††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††

W MON musi dojść do trzęsienia ziemi

Już po katastrofie w Mirosławcu, gdzie zginęło wielu wysoko postawionych wojskowych, zastanawiano się, ile ważnych osób może być w samolocie. Dziś zginęli głównodowodzący wszystkich wojsk. Nie wyciągnięto żadnych wniosków – mówi w rozmowie z serwisem Newsweek.pl Tomasz Hypki, ekspert wojskowy.

Newsweek.pl Co mogło mieć wpływ na katastrofę pod Smoleńskiem?
Tomasz Hypki: By latać bezpiecznie, potrzebne są cztery rzeczy. Odpowiednio utrzymany sprzęt, odpowiednia załoga, przystosowane lotnisko oraz dobre warunki atmosferyczne.

Newsweek.pl Wiemy, że na lotnisku panowały ciężkie warunki atmosferyczne. A jak było z resztą?
Tomasz Hypki: Mamy olbrzymi problem ze szkoleniem w lotnictwie wojskowym. Szkoła Orląt w Dęblinie przypomina muzeum, a piloci, szczególnie ci nie latający na F-16, wylatują śmieszne ilości godzin w powietrzu. O tym, że w Marynarce Wojennej lata się po 30-40 godzin rocznie, wielokrotnie donosiły media. A minimum to 120-140 godzin.

Po katastrofie w Mirosławcu w strukturach armii powinno nastąpić trzęsienie ziemi. Nic podobnego się nie stało. Niektórzy odpowiedzialni za tę katastrofę nawet awansowali i zostali generałami. A ukarani to pionki.

Warto jednak przy tym pamiętać, że cywilni lotnicy uczeni są, by największy nacisk kłaść na bezpieczeństwo. Wojskowi szkoleni są do lotów w czasie wojny, a więc akceptują podwyższone ryzyko. W lotach z VIP-ami może to prowadzić do nieszczęść. Wystarczy przypomnieć wypadek śmigłowca z premierem Leszkiem Millerem na pokładzie. Już wtedy – najdelikatniej mówiąc – poziom ryzyka został mocno przekroczony. I nie wyciągnięto z tego wniosków.

Newsweek.pl: Czy jednak najważniejszych osób w państwie nie obsługują najlepsi?
Tomasz Hypki: Nikt nie pali się do latania w 36. Pułku Specjalnym, który wozi VIP-ów. Kiedyś trudno było się tam dostać. Dziś piloci i technicy dostają pieniądze porównywalne jak latający np. zwykłymi transportowymi Bryzami. Oczywiście dostają dodatki, lecz są one bardzo małe. Dla porównania, pilot w wojsku może zarobić od 3 do maksymalnie 5 tys. zł, a w PLL LOT zarobki kształtują się od 10 do nawet 40 tys. zł miesięcznie. Podobna rozpiętość jest wśród techników dbających o sprawność maszyn. A dobrzy specjaliści z łatwością znajdują pracę poza wojskiem.

Newsweek.pl: Czy 20-letni Tu-154M Lux jest bezpiecznym samolotem?
Tomasz Hypki: Przebieg katastrofy pod Smoleńskiem jest identyczny jak wcześniej w Mirosławcu. Tyle, że tam rozbił się jeden z najnowocześniejszych samolotów transportowych na świecie – CASA C295M. Więc obwinianie w takim przypadku samolotu jest nieuprawnione. Więcej zależy od załogi.

Pamiętajmy, że nie lata się samolotami, które są niebezpieczne. Polskie Tu-154M kosztem 70 mln zł były i są modernizowane. To jeden z najbardziej bezawaryjnych samolotów w naszej flocie wojskowej, ma usterkowość na poziomie nowych samolotów, w przeciwieństwie do samolotu Jak-40, który pod Smoleńskiem wylądował bezpiecznie.

Newsweek.pl: O przyczynach wypadku dowiemy się zapewne, gdy wrak zbada specjalna komisja. Jakie inne wnioski płyną z tej tragedii?
Tomasz Hypki: Ta katastrofa pokazuje słabość naszego państwa i wielu jego struktur oraz procedur. Już po Mirosławcu, gdzie zginęło wielu wysoko postawionych wojskowych, zastanawiano się, ile ważnych osób może być w samolocie. Dziś zginęli głównodowodzący wszystkich wojsk. Nie wyciągnięto żadnych wniosków. Niestety, w MON od kilku lat obowiązuje propaganda sukcesu oderwana od rzeczywistości.

Jeśli minister obrony Bogdan Klich nie poda się do dymisji lub nie zostanie zdymisjonowany, to będzie skandal, a my będziemy czekać na kolejne katastrofy. To Bogdan Klich odpowiada za regres szkolenia w armii. Liczba katastrof lotniczych jest w ostatnich latach rekordowa (niedawno kilku lotników zginęło w katastrofie Bryzy, inny lotnik zginął w katastrofie śmigłowca Mi-24), a ich okoliczności świadczą o ogromnej nieodpowiedzialności dowódców i polityków. Klich odpowiada też za zablokowanie zakupów w uczciwych przetargach nowych samolotów dla VIP czy samolotów szkolnych.

††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††

Wpisała Aśka 13.4.2010

Dziwna ekslozja. Solidnie zebrane fakty…

Smoleńskie wrota od stodoły
Autor: zezowaty Zorro

Ma rację redaktor “Skrzydlatej Polski” Tomasz Hypki, że sobotnia tragedia nie powinna się wydarzyć. Nie tylko dlatego, że dowódcy rodzajów sił zbrojnych – w dodatku z szefem sztabu na czele – nie mają prawa jeździć razem. To mało. Niespotykana w skali historii katastrofa nie powinna była się wydarzyć, bo zdarzyć się – tak jak ją przedstawiono – nie mogła. Co jest nie tak z tym obrazkiem? Oto najważniejsze fakty i znaki zapytania.

Samolot z polską delegacją prezydencką na obchody 70 rocznicy zbrodni katyńskiej podchodzi do lądowania na lotnisku wojskowym Smoleńsk Sewiernyj (ICAO: XUBS) ok. godz. 8:40 czasu polskiego (-2h czasu moskiewskiego). Wykonuje kilka okrążeń przed zejściem, z powodu gęstej mgły. Wieża kontroli lotów zaleca przejście na lotnisko w Mińsku, lub inne, z powodu chwilowego zamknięcia XUBS (gęsta mgła). Pilot postanawia lądować mimo to. Przy drugim podejściu do lądowania, podczas nalotu i wykonując ryzykowny manewr gwałtownego skrętu na skrzydle, maszyna o 8:56 roztrzaskuje się, wybucha i płonie w szczątkach kilkaset metrów od początku pasa lotniska. Nikt z pasażerów i załogi nie przeżył. Szczątki maszyny, rozrzucone są na znacznej przestrzeni, co jest niezaprzeczalnym dowodem eksplozji. Leżą kilkadziesiąt – sto kilkadziesiąt metrów w bok od linii pasa startowego, co tłumaczyłoby rozpaczliwy manewr pilota, próbującego skręcić i naprowadzić tutka 101 na linię pasa.

Gęsta mgła
Zapisy pogodowe i zeznania świadków są zgodne: rano zamglenie (mist) przechodząca przed godziną dziewiąta czasu polskiego w mgłę (fog). Temperatura gruntu i powietrza w okolicach zera: +1..+3 C, wilgotność względna bardzo wysoka 95-98%. Opar nieprzejrzystej mgły pojawił się jakby na zamówienie tuż przed przylotem prezydenckiego samolotu. Jeszcze o g. 8.30 lądowania odbywały się normalnie. Zaledwie o g.8 wylądował Jak-40 z polskimi dziennikarzami do obsługi wydarzenia.

Dziwna eksplozja
Świadkowie naoczni, pracownicy bazy i mieszkańcy potwierdzają, że samolot skręcał na bardzo niskiej wysokości, zahaczając niemalże o samochody jadące lokalną drogą. Kierowcy i przechodnie widzieli upadek oraz wybuch i pożar. Niektórzy twierdzą, że wybuch miał miejsce zanim maszyna rozbiła się o ziemię. Jak na sprawę nie patrzeć, Tupolew 154 jest konstrukcją typu nie gniotsa, nie łamiotsa. Prędkość przy lądowaniu jest znikoma, rzędu 200 km/h (i stąd wynika niebezpieczny brak manewrowości) i trudno przy takiej prędkości wytłumaczyć wrak w kawałkach. Wbrew wyobrażeniom samolot to nie jest latająca bomba, która przy uderzeniu wybucha. Więcej – paliwo lotnicze pali się jak każde inne, a wybucha tylko starannie zmieszane z tlenem. Jak zatem wytłumaczyć wybuch? Nijak. Przy tej prędkości wrak samolotu powinien być w jednym kawałku. Dodatkowo trzeba uwględnić, że – zgodnie z oficjalną wersją oraz relacjami świadków – prezydencki tutek zahaczał o drzewa, więc spadł efektywnie z wysokości ok 20 m. Cały impet uderzenia pochodził zatem od ruchu w poziomie, przy minimalnej prędkości. Co wywołało eksplozję? Nie wiadomo. Rzadki zagajnik, w którym leżą szczątki, właściwie nie powinien być nawet przeszkodą przy szczęśliwym lądowaniu w lini prostej. Znane są przypadki awaryjnych lądowań Tu-154 na polach. Jeden z nich lądował dla przykładu w ten sposób szczęśliwie z płonącym ładunkiem papierosów, po czym spłonął na ziemi, bo załoga nie zdołała ugasić ognia. Tutek potrafi wylądować nawet jako płonąca pochodnia (i nie wybuchnąć w trakcie).

Dziwne podchodzenie
Tu-154 ma konstrukcję konia roboczego i dlatego z lubością jest używany w wersji transportowej przez różnej maści mafie. Potrafi wylądować bezpiecznie (i wystartować) w metrowym śniegu oraz na polnej drodze. Nie ma lepszego samolotu dla przemytników. Skoro tak, dlaczego nie mógł położyć się na podsmoleńskim zagajniku? Bo pilot najwyraźniej będąc tuż nad ziemią, zorientował się, że pas lotniska jest z boku i do niego już nie zdążył dolecieć. Jeszcze raz: maszyna spadła przed pasem startowym, a nie za nim, jak by należało oczekiwać przy nieudanym podchodzeniu. Pilot celował w niewłaściwe miejsce na mapie. Czy był pijany, czy przyrządy wskazywały mu niewłaściwe położenie? Po co podejrzane akrobacje, kiedy każde dziecko wie, że podchodzi się do lądowania na prostej, w razie zbyt małej/dużej prędkości podnosi się dziób do góry, zatacza wyżej koło i znowu podchodzi się na prostej. Tu jednak było inaczej. Pilot Protasiuk wyprowadził maszynę z boku pasa, za nisko i – zamiast ją poderwać na prostej – nagle skręcił. Do pasa nie doleciał. Wrota od stodoły były krzywe, czy Protasiuk krzywo patrzył? Bo że specjalnie chciał lądować po ułańsku, “z bokowca”, nikt normalny nie uwierzy, a na pewno Tomasz Hypki. Szczątki leżą z boku pasa, to jest bezsporne.

Cztery podchodzenia
Zadziwiające, że pilot rzekomo próbował posadzić maszynę aż czterokrotnie. Należałoby oczekiwać, że podda się przy drugiej próbie i poleci na lotnisko awaryjne. Relacja o czterech próbach pochodzi prawdopodobnie z tv Polsat, na którą powoływali się rosyjscy komentatorzy w pół godziny po zdarzeniu. Według konfrontacji z relacjami świadków cztery podejścia są legendą, a katastrofa zdarzyła się przy pierwszym, bądź co najwyżej drugim podejściu. Pilot nie był maniakiem tego lotniska, tylko racjonalnie ocenił swe szanse na udany lot, będąc przeświadczonym, że potrafi znaleźć pas, nawet nie widząc go dokładnie. Warto zaznaczyć, że w chwili katastrofy widoczność wynosiła kilkaset metrów, więc pilot – znając właściwe położenie pasa – musiał na niego wyjść aby z bliska móc zobaczyć. Kłopot w tym, że wyszedł na niewłaściwy punkt.

System naprowadzania
Lotnisko wojskowe Smoleńsk Sewiernyj (XUBS) w odróżnieniu od cywilnego LNX nie posiada nowoczesnego systemu nawigacji ILS, w związku z tym w warunkach słabej widoczności nie zezwala się na lądowania, bowiem na instrumentach pokładowych nie widać dokładnego umiejscownienia pasa. Jednak przez dziesięciolecia na Siewiernym stacjonowała jednostka lotnicza, którą rozformowano w październiku 2009. Jakoś maszyny lądowały, w każdych warunkach pogodowych. Jak to robiły w nocy? Jak zwykle prosto – światła plus sygnalizacja radarowa wieży. Można zatem wylądować nawet po ciemku, kłopot tylko z wyznaczeniem, gdzie jest pas. Ciekawe, że potwierdzają się relacje iż przed Tupolewem podobny manewr ułańskiego skrętu na skrzydle wykonał Illiuszyn. Czyżby uległ temu samemu złudzeniu, co polski pilot? Prawdopodobnie.

Liczba ofiar
Biorąc pod uwagę siłę uderzenia, trudno jest uwierzyć, iż cała załoga i pasażerowie – przy upadku z wysokiego drzewa w ruchu ślizgowym – przypięci pasami do foteli, zginęła. Jednak taką informację podano krótko po zdarzeniu, a mianowicie w ok. pół godziny po nim, kierując się relacjami świadków i strażaków. Jednakże uporczywie pojawiają się pogłoski o trzech uratowanych, które są dementowane. Abstrahując od dziwnej hekatomby, którą trudno jest wytłumaczyć komuś, kto trochę latał i widział wypadków, zadziwiająca jest szybkość przekazania tej informacji. W normalnym toku wydarzeń liczbę ofiar podaje się po pewnym czasie, po spenetrowaniu wszystkich szczątków i dokładnym policzeniu. Tu stało się inaczej. Ratownicy od razu wiedzieli że nikt nie przeżył, bo nie ma czego zbierać. Zatem zniszczenia (wybuch) musiały być potworne, niewspółmierne do zdarzenia.

Ciekawe sąsiedztwo
O ile lądowisko Siewiernyj od niedawna, bo zaledwie od października ub.r. ma podwójne, cywilne i wojskowe zastosowanie, nie jest lądowiskiem bagatelnym. Wystarczy spojrzeć na google maps, aby uzmysłowić sobie, że Smoleńsk jest jednym z głównych centrów rosyjskiego przemysłu lotniczego. Z tego właśnie powodu wokół średniowiecznej twierdzy istnieje gęsta sieć kolejowa oraz liczne lądowiska. Z racji dobrej dostępności transportowej (węzeł kolejowy), wybrano to miejsce dla egzekucji polskich jeńców.

Pas XUBS ma długość aż 2,5 km, co powoduje że mogą na nim lądować wszystkie samoloty. Jeśli polski tupek 101 dotarłby do niego, mógł bezpiecznie lądować na ślepo i bez hamulców. Jednak do pasa nie doleciał…

Na zdjęciach wraka widać prześwitujące przez drzewa zabudowania hangaru. Kto ciekawy, znajdzie te budynki na zdjęciach satelitarnych. To hangary zakładów lotniczych Jakowlewa, produkujących samoloty Jak. Z rampy i pasa Siewernego korzystają do dziś dla prób, startów i lądowań remontowanych maszyn. Smoleńsk jest siedzibą centrali fabryki lotniczej Jakowlew, w pobliskim Mińsku (kilkadziesiąt km na zachód, na Białorusi) znajdują się główne zakłady produkcyjne.

Polski pilot, mistrz w swoim fachu był proszony o przejście na lotnisko awaryjne z powodu mgły, nie zdecydował się jednak na rezygnację z lądowania, bowiem ufał w swoje siły. Według sąsiedztwa sądząc, miał rację. Cywilne lądowisko Jużnyj było w tym momencie także pokryte mgłą, a ma krótszy pas. Pobliski Mińsk to kilkadziesiąt km podróży powrotnej ad hoc organizowanym transportem samochodowym, strata kilku godzin. Pas Jużnego jest szeroki i długi, po obu stronach ma po pół kilometra trawy, na której pilot mógł posadzić Tupolewa z zamkniętymi oczami i po pijanemu. Byle tylko podejść do ziemi, tupek może gładko lądować na każdej nawierzchni, nawet w szczerym polu.

Latający wrak
O ile Tupolewy zapisały się w swojej służbie sporą awaryjnością, były w doskonałej formie. Tu z numerem 101 przeszedł przed ostatnią Wigilią u rosyjskiego producenta w Samarze regularny remont generalny, dający mu gwarancję na kolejne pięć lat latania. Mimo wieku – 30 lat – miał wylatane zaledwie pięć tysięcy godzin, na trzydzieści przewidziane na czas życia, więc można powiedzieć, że został wyeksploatowany w 1/6. Miał unowocześnioną awionikę i nie powinien sprawiać poważnych kłopotów. O ile TU-154 jest obecnie modelem muzealnym, bo nie produkowanym i wycofanym z ekspolatacji z najważniejszych linii, w tym chińskich i Aerofłotu, z racji nadmiernej konsumpcji paliwa i przekroczonych norm hałasu, tragiczny tupek 101 był technicznie w wyśmienitym stanie technicznym i mógł jechać w każdą podróż. Ta sama maszyna wiozła przed kilku dniami premiera Tuska na uroczystości w Katyniu z udziałem premiera Putina. Tupolew jest po prostu jak mercedes beczka. Ten konkretnie model miał nawet świeżo chromowane dekle.

[http://www.fallingrain.com/icao/XUBS.html]
[en.wikipedia.org/wiki/Yakovlev]
[http://www.yak.ru/]
[en.wikipedia.org/wiki/Smolensk_(air_base])

……………………

Komentarz pod artykułem

Maryla, pon., 12/04/2010 – 19:26

Ktoś kiedyś powiedział, że w Rosji nie ma przypadków. Elementy układanki zbyt mocno układają się w jedną całość. Prawdopodobieństwo zajścia takiej katastrofy, w tym czasie, akurat z takimi ludźmi jest mniejsze niż uderzenie w ziemię asteroidy w ciągu 5 dni. 2 lata temu rozbił się samolot CASA. Zginęło 20 osób w tym 16 wysokich oficerów. Mówiono bardzo dużo o tym, że nie powinno w jednym samolocie lecieć tak wielu ważnych ludzi. CASA była nowym samolotem,a TUPOLEW to 35 letni złom. Druga sprawa, media mówią, że czarne skrzynki odnaleziono dopiero po południu. Ciekawie to brzmi w obliczu nagrania sporządzonego zaraz po katastrofie, na którym w jednym z pierwszych ujęć pojawia się oblepiona błotem czarna skrzynka…Ponadto, nagle ginie większość ludzi ideowo związanych z polską racją stanu, dbających o to aby Polska była silnym i niezależnym krajem, ale przede wszystkim wspomagających działania polityczne mające na celu uniezależnienie naszych wschodnich sąsiadów od Rosji i uprawiających twardą politykę względem niej. W tej chwili już nie ma problemu…Do tego platforma przejmuje wszystkie funkcje w Państwie. Kolejna sprawa, doświadczony pilot nigdy nie zrobiłby nawrotu na tak niskiej wysokości przechylając samolot aż do utraty siły nośnej. Jeden Rosjanin – świadek tragedii, opowiada o tym jak maszyna dziwnie się zachowywała przed tragedią. Oglądałem kiedyś program o wypadkach lotniczych i był jeden scenariusz, który zapewne odpowiada temu, który się wydarzył. Awaria lewego silnika, przy tak małej wysokości skutkowała brakiem stateczności a co za tym idzie przechył samolotu na lewą stronę. Jak już powiedziałem, doświadczony pilot nie zrobił by tak ostrego zwrotu taką maszyną przy małej prędkości i małej wysokości. Samolot miał przegląd w ostatnim czasie w Moskwie. Szefem komisji badającej tragedię zostaje “były” członek KGB i później FSB. Na miejscu katastrofy jest masa funkcjonariuszy FSB, słyszy się o przypadkach rekwirowania nagrań i urządzeń. Kończąc spekulacje o FSB są na tyle na rękę Rosji, że są sygnałem, że skoro Rosja mogła zrobić takie coś Polsce, to jest to dość wyraźny sygnał dla wschodnich sąsiadów Polski mających aspiracje prozachodnie. Przepraszam, ale te elementy zbyt do siebie pasują…

Dodam cyctat:

“Wypowiedź Ryszarda Drozdowicza z Laboratorium Aerodynamicznego Politechniki Szczecińskiej (ZUT)

Jako pilot oceniam, że sugerowany w mediach błąd pilota jest mało prawdopodobny. Na podejściu do lądowania nie wykonuje się żadnych manewrów typu silne przechylenie lub nagłe zmiany prędkości. A takie silne przechylenie zauważyli świadkowie. Pilot wykonał dodatkowe kręgi nadlotniskowe, aby upewnić się co do warunków lądowania i na tej podstawie podjął uzasadnioną decyzję o lądowaniu. Nieprawdopodobne też jest, aby doświadczony pilot wraz z drugim pilotem pomylili się co do wzrokowej oceny wysokości, nawet w przypadku awarii przyrządów, która jest również nieprawdopodobna. Należy tutaj zauważyć, że mgła jest na ogół z prześwitami i przy dziennym świetle nie stanowi istotnej przeszkody do wzrokowej oceny warunków lądowania. Okoliczności wskazują jednak na poważną awarię lub celowe zablokowanie układu sterowania. Taką blokadę można celowo zamontować tak, aby uruchomiła się przy wypuszczeniu podwozia lub klap bezpośrednio na prostej przed lądowaniem. Przy blokadzie klap lub lotek na prostej katastrofa była nieunikniona, gdyż pilot nawet zwiększając nagle ciąg, nie był w stanie wyprowadzić mocno przechylonej ciężkiej maszyny, mając wysokość rzędu 50-100 m i prędkość rzędu 260 km/h.”

Jak się okazuje było tylko jedno podejście do lądowania:

“Katastrofa samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim to błąd pilota – oskarżają Arkadiusza Protasiuka rosyjscy prokuratorzy i specjaliści. Według nich, pilot uległ presji i podchodził do lądowania czterokrotnie. Z zarzutami nie zgadza się drugi pilot prezydenckiego samolotu TU-154 Tomasz Pietrzak. – Z informacji, które otrzymałem, wynika, że było tylko jedno zajście (do lądowania) – powiedział w TVN24. Dodał przy tym, że piloci charakteryzują się odpornością, która pozwala mieć pewność, że nie będą ulegać presji. – Ci, którzy pracują w pułku są “twardzielami” – podkreślił.”

“Jego zdaniem trudno określić dlaczego doszło do tragedii. Zasugerował jednak, że być może to wina lotniska. – Jeżeli lotnisko nie jest w stanie wykonywać żadnych operacji, to się je zamyka. Natomiast w tym przypadku były sugestie “proponujemy żebyście pojechali tu”, to nie był nakaz wykonania lotu na lotnisko zapasowe. Jeżeli byłby to nakaz, to byłoby jednoznaczne, nie byłoby dyskusji. Tu były sugestie, dlatego dowódca załogi mając możliwość lądowania zawsze sprawdza, robi jedno zajście, drugie zajście, więc może to sobie ocenić – podkreślił.”

Warto również przeczytać:   Pytania o okoliczności Rosja wyklucza usterkę samolotu

Uzupełnię jeszcze wpisami na Forum Frondy szanownych forumowiczów Shorka i Preff de Zoo:

Odpowiednio:

“Sobota – przedpołudnie. Wieści z Rosji: W gęstej mgle, mimo sugestii kontrolerów, knąbrny pilot odmówił. Przy czwartym podejściu do lądowania samolot po nieudanym przyziemieniu oderwał się od pasa, zahaczył o drzewa i rozbił się. Prezydent leciał starym, kiepskim samolotem. Pas był za krótki. Momentalnie znajdują się fachowcy potwierdzający te słowa. Lemingi twierdzą, że Prezydent zmusił pilota do lądowania. Wizualizacja pokazuje krótki pas i mnóstwo drzew. Na portalu jest mapa google z malutkim lotniskiem Smoleńsk południe. Rzeczywiście 1,6 km. Naoczni świadkowie: samolot podchodził do lądowania raz, wcześniej kołował. Świadkowie widzieli samolot, więc widoczność była na poziomie 2km! Bo o tyle jest odległa wieża naprowadzająca z anteną, o którą zahaczył samolot. Na źródłach niezależnych inni fachowcy przebąkują o wytrzymałości tych samolotów, o tym że są w stanie wystartować nawet z lotniska żwirowego. Pojawia się informacja o dopiero co przeprowadzonym remoncie. Nagle się okazuje, że lądowanie było na lotnisku Północnym z pasem 2,5 km. Po 15-stej już jest już tylko drugie podejście. Ja z pomocą mapy i filmów próbuję zidentyfikować miejsce. Wieczorem wychodzi, że było zbyt bliskie podejście (ponad 2km od lotniska tam gdzie stacja naprowadzająca). Poderwanie samolotu (na mapie wygląda, że przeskoczył pas drzew) nagłe obniżenie pułapu 500m przed lotniskiem, zniesienie na lewo, zahaczenie o drzewa i katastrofa. Teraz lecą napisy, że pilot nie posłuchał sugestii wieży. No prawda nie posłuchał sugestii lotu do Mińska. Ale i zawierzył kontrolerom, którzy go źle doprowadzili. W takiej mgle (2km) można spokojnie wylądować na przyrządach pod warunkiem, że samolot działa normalnie. Pilot podobno nie reagował na sugestie kontrolerów. Mogło nastąpić zdalne odcięcie dopływu paliwa i zdalne odcięcie odbioru radiostacji. Dwa gówniane elementy elektroniczne w sumie kosztujące mniej niż 500 zł zamontowane w trakcie remontu. I nadajnik zdalnego sterowania małego zasięgu. Tyle. Nikogo nie oczerniam. Podaje fakty i możliwości.”

“!!! Jak wrócę, dopiszę więcej, ale: 40 min. wcześniej wylądował!!!!!! poprzedni samolot pasażerski. Z tym Migiem to albo kłamstwo albo zagrywka. 1. Rosjanie: jest wielka mgła. Świadkowie: nie ma mgły, są chmury. 2. CNN: pilot nie odpowiadał na wezwania wieży, była chmura nad Smoleńskiem tylko. 3. Samolot przekrzywiony o 40 st. – niedopuszczalne. 4. Rosyjski prokurator do Tuska wczoraj: tu samolot ścinał drzewa na wysokości 8 metrów, a powinien być wyżej 60-80 m. 5. Remont: najnowsza elektronika, full wypas. 6. Remont robili Rosjanie przed miesiącem!!! wiedząc, że grają już od stycznia w ustawkę nad Katyniem. 7. Rosjanie: 4 razy podchodził, 2 razy podchodził. Świadek-Polak: cisza, nagle zejście, huk. Jedno podejście do lądowania. 8. Świadkowie rosyjscy – na zdjęciach niemal sami mężczyźni, ubrani w skóry, silnej budowy ciała. Samolot był remontowany przez Rosjan: mieli milion możliwości. Od zamontowania urządzeń przejmujących kontrolę do wyłączenia zdalnego funkcji i cuda-wianki.”

Jeszcze warto uzupełnić o artykuł!

“Rosjanie szybko założyli błąd pilotaZastanawiające jest także to, że Rosjanie obsługujący lotnisko w Smoleńsku od razu próbowali zrzucić odpowiedzialność za katastrofę na pilotów, twierdząc, że zignorowali zalecenia wieży kontrolnej, aby nie lądowali tutaj, tylko polecieli do Mińska albo do Moskwy. Oba miasta są oddalone o około 300 km od portu, gdzie miał wylądować tupolew. Podobno maszyna dwa, trzy lub nawet cztery razy miała podchodzić do lądowania z powodu złych warunków. Tak twierdzą Rosjanie. Są jednak informacje, że samolot próbował lądować od razu. Nad lotniskiem miała być mgła, ale godzinę wcześniej inna maszyna z dziennikarzami z Polski wylądowała bez przeszkód. Część świadków twierdzi nawet, że, owszem, nad Smoleńskiem nie było idealnej pogody, ale też nie była ona aż tak niekorzystna, aby uniemożliwić lądowanie doświadczonym pilotom, którzy sadzali Tu-154 na ziemi w trudniejszych warunkach. Ponadto, jak twierdzą eksperci, ten typ samolotu ma dużą wysokość lądowania, co oznacza, że na sporej wysokości podchodzi do pasa, gdzie ma dotknąć ziemi. Zastanawiające jest więc, dlaczego będąc jeszcze dość daleko od miejsca przyziemienia, Tu-154 znalazł się ledwie kilkadziesiąt metrów nad ziemią i na tej wysokości zahaczył o drzewa. Każdy, kto choć raz oglądał podchodzenie do lądowania samolotów, wie, że nie lecą one tuż nad ziemią, ale docierają na skraj pasa na dość sporej wysokości. Czy maszyna mogła nagle stracić moc w silnikach, a w konsekwencji bardzo szybko stracić także wysokość, przez co pilot nie miał nawet czasu na to zagrożenie zareagować? Jeśli tak, to jaka była tego przyczyna? Wydaje się też nieprawdopodobne, aby pilot całkowicie zignorował polecenia z wieży, by nie lądować w Smoleńsku – jeśli takowe rzeczywiście otrzymał. Przecież to wieża zezwala na start i lądowanie każdej maszyny. W dodatku kierujący samolotem wiedzieli, kogo wiozą, i tym bardziej musieli zachować wszelką ostrożność. Dlatego dziwne wydaje się to domniemane kilkakrotne krążenie nad lotniskiem i podchodzenie do lądowania. Oczywiście pilot mógłby zdecydować się na posadzenie maszyny wbrew zaleceniom płynącym z wieży, ale tylko wtedy, gdyby np. okazało się, że ma już mało paliwa i nie da rady dolecieć do stolicy Białorusi lub musi lądować z innych względów bezpieczeństwa. W tym przypadku tak nie było, paliwa w bakach znajdowało się jeszcze sporo.Na pewno też nie chodziło o to, aby bez względu na warunki wylądować o czasie w Smoleńsku, aby Lech Kaczyński mógł zdążyć na obchody w Katyniu. To przecież piloci decydują o tym, czy mogą wylądować, jeśli nawet mają zgodę wieży, i prezydent – choć jest zwierzchnikiem Sił Zbrojnych – nie ma prawa do wydania rozkazu pilotowi, aby lądował lub nie. Takich uprawnień nie miał także obecny na pokładzie dowódca wojsk lotniczych – w Tu-154, jak i na pokładzie każdego innego samolotu, panem i władcą jest jego kapitan, i tylko on może wydawać rozkazy. Warto w tym miejscu przywołać inne zdarzenie, gdy Lech Kaczyński poleciał do Gruzji, aby wspierać ten kraj podczas wojny z Rosją. Wtedy pilot nie zgodził się na lot do Tbilisi właśnie ze względów bezpieczeństwa. I chęci prezydenta nie miały znaczenia. Samolot wylądował gdzie indziej, a prezydent musiał do stolicy Gruzji jechać samochodem.Pamiętajmy też o tym, że w przeszłości już tak przecież bywało, iż samolot z prezydentem się spóźniał i różne uroczystości były przesuwane. Raz zdarzyło się to także w Katyniu. Do dziennikarzy docierają również inne nieoficjalne informacje. Jedna z nich mówi o tym, iż pilot otrzymał z wieży niewłaściwe parametry lotu i był niżej, niż mu się wydawało. Samolot opadał zbyt pionowo i nie udało się już poderwać go w górę. To by tłumaczyło, że zahaczył o drzewa. Taki scenariusz jest bardzo możliwy, bo znowu – jak twierdzą eksperci lotniczy – Tu-154 należy do tych samolotów, które trudno się prowadzi w sytuacjach awaryjnych. Bardzo ciężko jest nim wtedy sterować. Prawie niemożliwe jest wykonanie choćby manewru, który polega na nagłym poderwaniu maszyny w górę, gdy już samolot dotknął pasa startowego i rozpoczął hamowanie, aby uniknąć np. kolizji z inną maszyną, która przez pomyłkę znalazła się na tym samym pasie, lub z inną przeszkodą. I gdy prezydencki pilot zauważył niebezpieczeństwo, nie mógł już nic zrobić, aby uchronić samolot przed zderzeniem z ziemią, a pasażerów przed śmiercią.Trzeba postawić też inne pytanie: dlaczego prezydencki Tu-154 miał lecieć akurat do Mińska lub Moskwy? Przecież Rosja i Białoruś mają kilka innych lotnisk, głównie wojskowych, położonych znacznie bliżej Smoleńska, jak Wiaźma lub Witebsk. I na pewno mają one odpowiednie pasy do przyjmowania takich maszyn, skoro lądowały tam i lądują wojskowe transportowce.”

Cytat z wpisu forumowicza Rom.TSW:

“Właśnie w TVP skończyła się rozmowa z Wojciechem Cegielskim, dziennikarzem, który właśnie wrócił ze Smoleńska. Grupa kilkunastu dziennikarzy miała lecieć prezydenckim samolotem, ale ze względu na liczne prośby członków rodzin katyńskich był on wypełniony i dziennikarzy przeniesiono do Jaka, który poleciał wczesniej. Cegielski powiedział, że cały czas w Smoleńsku była kapitalna pogoda, słońce i żadnej mgły! Jedynym mankamentem pogodowym były nisko osadzone chmury. Pilot prowadzący samolot wiele razy lądował w ekstremalnych warunkach, m.in w Afganistanie, gdzie za lotnisko służył fragment asfaltowej drogi.”

Kolejne ciekawe infomacje od forumowicza Preff de Zoo:

“dziś wieczorem poleciało na RMF, że ktoś znalazł tego oficera z wieży i on powiedział, że pogadali se miło po rosyjsku, bo tego jednego dnia nie było nikogo z angielskim, co jest standardem. Na szczęście pilot znał rosyjski. Warunki były do zaakceptowania, żadnych “ekstremalnych”. Polski pilot pokołował nad lotniskiem, sprawdził, co i jak i powiedział!!! że jeden raz podejdzie do lądowania, a jak mu się nie uda, to poleci dalej. Tyle relacji. Znamienne, może się okazać, że już nigdy jej nie usłyszymy. Wersja ta obala: 1. tezę o niekompetencji lub fantazji ułańskiej pilota; 2. łamanie przez pilota zasad (4 podejścia do lądowania czy coś); 3. tezę o naciskach na pilota.”

Dodam jeszcze informacje z SERWIS21 – warto przeczytać!

†††††††††††††††††††††††††††††††††††††††††

Advertisements
TrackBack URI

Create a free website or blog at WordPress.com.

%d bloggers like this: